Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 707 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

List od Yael Atzmony, córki Berla Dova Freiberga ( A letter from Yael Atzmony, Dov Freiber's doughter)

czwartek, 26 marca 2009 19:00
darling
today is the day of death  of my father, in five o'clock we go friends and family to  both graves his and my mothers.  its unbelievable that a year has passed and the world is with out him ,
but, i do think the world is not with out him cause his contribution to the world was so incredible ,  that it still exist, every one that had even a small touch with him was lucky
and me i was luckiest from all to be his
 daughter. and he left us a legacy of his ideas and story of life in his books.  books for learning, books for growing ,and books for comforting.
love yael
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Berl Dov Freiberg w pierszą rocznicę śmierci ( The first anniversary of Dov Freiberg's death)

czwartek, 26 marca 2009 10:42
 

Berl (Dov) Freiberg

Urodzony 15.05.1927 roku w Warszawie.(na ulicy Przebieg 1)

Zmarł  26.03.2008 w Ramla, Izrael

 

Berl był jednym z czworga dzieci Państwa Freiberg, którzy prowadzili własny zakład krawiecki początkowo w Warszawie potem w Łodzi. Kiedy wybuchła wojna miał 12 lat. W obawie przed wysłaniem do obozu pracy ojciec - Mosze Freiberg wraz z najstarszym synem Mottlem postanowili uciekać na wschód. W trakcie ucieczki zostali zatrzymanie przez żołnierzy Wehrmachtu w okolicach Pruszkowa. Ojciec został rozstrzelany na miejscu. Brat trafił do obozu  w Niemczech.

Matka Berla - Rebeka Freiberg pozostała w Łodzi z córka Dorka oraz młodszymi synami Berlem i Jankielem. Po kilku miesiącach powrócił Mottel.

Kiedy zimą 1940 roku łódzcy Żydzi zostali zmuszeni do przeprowadzki do getta, postanowiła wrócić do swojej rodziny w Warszawie. Przedostali się do generalnej Guberni podróżując wozem przez przejście graniczne w Głownie.

W Warszawie zamieszkali u rodziny na ulicy Przebieg 1. Jednak z uwagi na pogarszającą się sytuację w mieście, matka zabiegała o wysłanie synów do rodziny w Turobinie. Mottel wyjechał jeszcze jesienią 1940 roku a Berl uciekł z getta rok później. Obaj bracia przebywali w Turobinie aż do wiosny 1942 roku kiedy to Niemcy zarządzili likwidacje getta. Schwytanych Żydów zagnano pieszo do Krasnegostawu, a z stamtąd wagonami towarowymi do obozu w Sobiborze.

Berl trafił do Sobiboru 15.05.1942 roku. Miał 15 lat.

W obozie początkowo kopał doły na odpadki, czyścił buty i sprzątał baraki, w których mieszkali Ukraińcy. Kiedy przyjeżdżał transport, strzygł włosy kobietom w tak zwanej „fryzjerni".

14.10.1943 roku, kiedy więźniowie zorganizowali bunt i zbiorowa ucieczkę, uciekł do lasu przez otwór w płocie z drutu kolczastego i pole minowe.

Grupa uciekinierów z którymi uciekał, została napadnięta przez polskich wieśniaków. Z zasadzki uratowały się trzy osoby: Berl, Siemion i Avraham. Po wielodniowej wędrówce przez lasy dołączyli do niewielkiej grupy sobiborskich Żydów, z którymi zbudowali ziemiankę aby przetrwać zimę. Niestety także i ta kryjówka została odkryta. Berl wraz z Siemionem i jeszcze dwoma uciekinierami Józkiem i Monkiem, ukryli się w oddalonej od wsi chałupie, gdzie schronienia udzieliły im dwie samotne kobiety, Polki Janka i Julka. Tam doczekali wyzwolenia.

Jesienią 1944 udali się do Chełma. Tam Siemion wstapił do Armii Czerwonej, Janek do Armii Krajowej, Józek zajął się handlem a Berl zamieszkał w siedzibie tzw. Komitetu (Komitet był organizacja skupiajacą ocalałych Żydów i ułatwiajacą im poszukiwanie bliskich).

Po niedługim czasie Berl i Józek zamieszkali wraz z małżeństwem z Łodzi, Harym i Olą, którzy wkrótce odzyskali swoje przedwojenne mieszkanie. Berl i Józek przenieśli się do nich, do Łodzi.

Pomimo tego, że życie zaczęło płynąć normalnie Berl pragnął opuścić Polskę.

Wiosna 1946 roku udał się w podróż przez Szczecin do Berlina, gdzie został członkiem kibucu Talba. Dzięki organizacji Bricha umożliwiającej nielegalna emigrację do Palestyny, trafił na pokład statku Exodus.

Exodus opuścił port Sete we Francji 11.07.1947 roku. Do wybrzeży Palestyny towarzyszyły mu przez cała drogę minimum dwa statki brytyjskie. Tuż przed wpłynięciem do portu w Hajfie, 18.07.1957roku, Brytyjczycy dokonali abordażu Exodusu. Statek co prawda dopłynął do „ziemi obiecanej" ale uciekinierzy zostali podzieleni na mniejsze grupy i odesłani trzema okrętami do Europy. Port-de-Bouc koło Marsylii przyjął statki 02.08.1947 ale pasażerowie nie chcieli opuścić pokładu. Strajk trwał 24 dni, po których statek ruszył w kierunku Hamburga.

Berl trafił do obozu przejściowego dla tzw. Dipisów (DP Camp - Displaced Persons Camp). Do Izraela emigrował dopier w 1947 roku.

 

/na podstawie:  "To Survive Sobibor " Dov Freiberg, książka ukaże się wkrótce w wersji polskojęzycznej./

 

Cytaty:

 „Nawet teraz, po wojnie... kiedy śmiejesz się i bawisz doświadczasz pewnego rodzaju nagłego błysku wspomnień. Jeden obraz zapamiętany z Sobiboru i już wystarczy..."

Wypowiedź z 1966 w związku ze schwytaniem Eichmanna: (pochodzi z witryny www.remember.org)

„Kiedy Eichmann został ujęty, wielu ludzi, którzy mnie znali i wiedzieli, że ocalałem z Sobiboru, pytało kto to jest ten Eichmann. Nie wiedziałem. Było mi wstyd z tego powodu bo patrzyli na mnie tak jakbym miał obowiązek wiedzieć ponieważ byłem częścią Holokaustu. Powinienem był wiedzieć kim jest Eichmann. Mimo tego, że nigdy nie spotkałem Eichmanna zostałem powołany na świadka w jego procesie. Opowiadałem o swoich przeżyciach w Sobiborze. Potem dostałem list ze Stanów Zjednoczonych. Ten ktoś pisał, że czytał moje zeznania w New York Times. Powiedziałem wtedy : " moje świadectwo obiega świat!"

 

Dov Freiberg told at the trial of Adolt Eichmann (Session 64, Vol. III, p. 1171-1172 ): 

"I can talk about one of the many days that passed. We were then working in the sorting camp in Sobibor. We began sorting out the piles that had been heaped up in the course of time. We finished taking out personal belongings from one of the sheds. Paul was then our commander. It so happened that, between the rafters and the roof, a torn umbrella had been left behind.

Paul sent one of our boys to climb up and bring the umbrella down. It was seven to eight metres high - these were large sheds. The lad climbed up though the rafters, moving along on his hands. He was not agile enough, fell down and broke his limbs. For falling down, he received twenty-five strokes of the whip and Barry [Paul's dog] dealt with him. This appealed to Paul, and he went and called other Germans.

I remember Oberscharfuehrer Michel, Schteufel.  He called out to them:'I have discovered parachutists amongst the Jews. Do you want to see?'  They burst out laughing, and he began sending people up, one after the other, to go on to the rafters. I went over it twice - I was fairly agile; and whoever fell from fear fell to the ground. When they fell to the ground, they were given murderous blows, and the dog bit them incessantly .. 

After that someone invented something else .. When the personal effects were piled up, there were a lot of mice. The order was given:'Five men were to go outside, the others were to catch the mice. Everyone had to catch two mice; whoever failed to do so would be put to death' .. They tied up the bottoms of the trousers of five men and we had to fill them with mice. The men were ordered to stand at attention. They could not stand that. They wriggled this way and that, and were given murderous blows.

The Germans roared with laughter .."

Berl Freiberg tells what occurred to large group of survivors after the escape: (www.sobibor.info)

"On the third day we were sitting, binding our wounds, when we saw an armed Gentile suddenly come out into the clearing... He came near us and began speaking. He questioned us and decided to take us to his group. Then he asked us if we were hungry and said he would bring back some food.

He left and came back with a whole gang of armed villagers and gave us some bread. We were sitting around and eating, and they asked us if we had guns, or gold. They told us to hand over our guns. That is how it's done, they told us; later they'd return the weapons. Though we knew we shouldn't, we gave up the few light weapons we had... They started shooting at us point-blank. We were trapped! We had nothing to return fire with and it ended in tragedy. We came out of Sobibor to be gunned down by the likes of these... "

  "There is no doubt that after the war... while you are laughing and behaving wildly you experience some sort of flash very quickly. You see one picture from Sobibor, and that's enough..."






Powyżej: Las Sobiborski, zdjęcie wykonane od strony gdzie było pole minowe, w rocznicę wybuchu powstania o godzinie 17.00


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Selma (Saartje) Wijnberg-Engel, Chaim Engel

środa, 25 marca 2009 15:10



Poniżej: Ulica w Zwolle, 1933, autor Wispelweij, public domain.


Powyżej: Trag w Zwolle, Grote Markt 1893, autor nieznany, public domain.

 

Selma i Chaim.

 

 

 

Selma

Saartje (Selma) Wijnberg-Engel urodziła się w Holandii, 15 maja 1922 roku. Była czwartym dzieckiem Alidy i Samuela Wijnbergów. Matka była osobą bardzo religijną, działała społecznie w organizacji syjonistycznej dla kobiet, Hadassah. Ojciec prowadził koszerny hotel w Zwolle, w pobliżu targu bydła, w którym chętnie nocowali ortodoksyjni Żydzi, zajmujący się kupiectwem. Selma wspominała po latach, że w jej otoczeniu nikt nie nosił brody ani pejsów, wśród jej kolegów nie było Żydów, a antysemityzmu nie znała. Wkrótce po wybuchu wojny w Holandii zmarł ojciec Selmy a hotel został przejęty przez Niemców. Dzięki pomocy księdza katolickiego udało się jej ukryć u rodziny aryjskiej, w Utrechcie. Jednak na skutek donosu została aresztowana i uwięziona. Z więzienia w Utrechcie została deportowana do obozu koncentracyjnego w Vught a stamtąd do obozu przejściowego w Westerbork.

 

*

Rankiem, 6 kwietnia 1943 roku - jak w każdy wtorek - ruszył transport z obozu Westerbork na Wschód. Więźniowie otrzymali na drogę trochę jedzenia i wsiedli do przygotowanych dla nich wagonów towarowych. Do tej pory Żydzi deportowani z obozu Westerbork podróżowali pociągami pasażerskimi, z opieką pielęgniarską. Tym razem pozbawiono ich złudzeń. Wagony były puste, na podłogę rzucono trochę słomy a w kącie stało wiadro, które służyć miało za ubikację. Podróż trwała trzy dni i trzy noce. Pociąg zatrzymywał się wielokrotnie, ale drzwi nie otwierano. Szczęśliwcy mogli wyglądać przez niewielkie okienko. Widzieli przez nie coraz biedniej wyglądających ludzi i niekończące się lasy. Do Sobiboru przybyli 9 kwietnia, w piątek. Byli jednym z tych transportów, na które więźniowie obozu Sobibór niecierpliwie czekali, w nadziei na lepsze niż zazwyczaj jedzenie i napiwki za przeniesienie bagażu. Kiedy otworzyły się drzwi rozległ się świst pejczów i krzyk. Wysiadający ludzie popychali się wzajemnie i potykali o siebie. Ci, którzy nie byli w stanie iść, zajmowali miejsca w wagonach docierających wprost do kaplicy pełniącej funkcję lazaretu. Tam dyżurowali - jak zwykle - SS Unterscharführer Paul Bredow z kilkoma Ukraińcami. Bredow osobiście rozstrzeliwał starców i chorych, którym wcześniej kazał usiąść na skraju dołu grzebalnego.

Selma Wijnberg oraz kilka jej koleżanek, z którymi zaprzyjaźniła się jeszcze w więzieniu w Amsterdamie, zostały skierowane do SS Sonderkommando Sobibór. Wybrane do pracy przez Obrscharfürera Frenzla, stały z boku i patrzyły na mijający je pochód.

- Co z nami będzie? - zapytała Selma. - Jeden prysznic, jeden prysznic i po wszystkim - odpowiedziała koleżanka.

Jednak prysznic nie był pisany wybranym tego dnia do pracy dziewczętom. Zaprowadzono je do wydzielonej części obozu, gdzie stały baraki dla więźniów. Tam, wśród szykujących się do pracy chłopców, Selma rozpoznała znajomych z Zwolle. Jeden z nich mieszkał jakiś czas w hotelu jej ojca, po tym jak Niemcy wyrzucili jego rodzinę z domu. Teraz miał być dla Selmy jedynym oparciem. Podeszła do niego i przywitała się, ale on nie odpowiadał. Nikt z Holendrów nie chciał rozmawiać z nowo przybyłymi.

Razem z innymi ruszyły do pracy w sortowni, gdzie kazano im rozdzielać odzież lepszą od gorszej. Przeszukiwały kieszenie i plecaki. Nie zdawały sobie sprawy, do kogo należały wszystkie te rzeczy, dopóki w ręce Selmy nie trafiły ubrania jej wuja. Wtedy zrozumiały, że to rzeczy osób z ich transportu. Dalej jednak nie domyślały się, co mogło się z nimi stać. Godzinę później wszyscy stawili się na apel, po którym Niemcy zarządzili zabawę. Do tańca grały skrzypce i akordeon i było prawie tak, jak kiedyś w domu, w Zwolle. Tylko, że nikt się nie śmiał.

 

Chaim

Chaim urodził się w Brudzewie w Polsce centralnej, w 1916 roku. Jego ojciec był właścicielem małego sklepu z tekstyliami. Kiedy Chaim miał 5 lat, w Brudzewie nasiliły się antyżydowskie nastroje i rodzice przeprowadzili się do Łodzi. Tam też ukończył żydowską szkołę podstawową oraz kształcił się szkole włókienniczej. Pracował w sklepie, u swojego wuja. Środowisko, w którym pracował i żył było prawie całkowicie żydowskie. W 1939 roku służył w Wojsku Polskim, brał udział w wojnie obronnej Polski. Koniec służby przypadał na połowę września 1939 roku. W niewoli niemieckiej, został skierowany do pracy przymusowej w Lipsku. W marcu 1940 roku został odesłany do Polski, jako żydowski jeniec wojenny. Pracował przymusowo w gospodarstwie rolnym w okolicach Lublina.

 

*

Latem 1942 roku z getta w Izbicy, Chaim wraz z bratem i przyjacielem, zostali przewiezieni do obozu Sobibór. Zaraz po przyjeździe miała miejsce selekcja. Obóz potrzebował fachowców, stale się powiększał. Jakiś Niemiec zapytał Chaima, skąd jest. Odpowiedział, że z Łodzi. Kazał mu wystąpić z kolumny. Brat nie został wybrany.

W tym czasie wielu Żydów z Generalnego Gubernatorstwa słyszało już, co się dzieje z Żydami na Wschodzie. Ale młodzi nadal byli pełni nadziei, że przydadzą się do pracy. Po latach Chaim wspominał, że nie miał pojęcia, co ta selekcja oznacza.

Nie mogliśmy w to uwierzyć, ponieważ to było niewyobrażalne, wprost nie do zniesienia. Niemożliwe, żeby coś takiego miało przytrafić się nam. Dlatego, gdy nas wybrano, nie wiedziałem, co to właściwie oznacza. Życie czy śmierć[i].

Tego dnia, gdy do obozu przyjechał transport z Westerbork, Chaim, chociaż był przystojnym mężczyzną, wyglądał bardzo nędznie. Miał na sobie dwie pary bryczesów, a na głowie zniszczony kapelusz. W obozie miał dziewczynę, jednak, kiedy zobaczył Selmę nie mógł od niej oderwać oczu. Podszedł i zapytał czy z nim zatańczy. Nie spodobał się jej, ale zgodziła się. Kiedy zabawa dobiegła końca, Selma spotkała znajomych z rodzinnego miasteczka. Zapytali ją - Wiesz, co oznacza ten ogień? Nie wiedziała. Wtedy jej powiedzieli.

Następnego dnia rano, kiedy maszerowali do sortowni, Chaim starał się trzymać blisko Selmy. Holendrzy reagowali zazwyczaj podobnie, gdy dowiadywali się prawdy o obozie. Nieprzystosowani do ciężkich warunków popadali w przygnębienie, rozpacz a w końcu umierali.

Chaim był Żydem z Polski i szybko się nauczył, jak należy wyglądać na apelu, jak pracować żeby nie obrywać od kapo, jak organizować sobie dodatkowe jedzenie. Teraz był gotowy pomagać Selmie. Praca przy sortowaniu była względnie bezpieczna i niezbyt ciężka. Należało rozdzielać przedmioty zgodnie z ustalonym porządkiem. Osobno banknoty, monety i kosztowności. Potem pozostałe przedmioty wartościowe, takie jak zegarki, pióra, noże, scyzoryki, latarki, portfele. Odzież męską oddzielnie, oddzielnie kobiecą i dziecięcą, ponieważ ta pierwsza przeznaczona była na front. Najtrudniej było z jedzeniem. To, które dostawali z obozowej kuchni nazywali słomianą zupą i czarną wodą. Kromka gliniastego chleba także nie nadawała się zbytnio do jedzenia. Wygłodniali Holendrzy zjadali zazwyczaj wszystko, co dostali, ale Polacy potrafili zaryzykować i zdobyć coś dodatkowego. Oczywiście taką możliwość mieli tylko ci, którzy pracowali w sortowni. Ryzykowali wiele zabierając jedzenie z bagażu, ale jeśli mieli przeżyć, musieli jeść. Każdy złapany na kradzieży, karany był chłostą. Więźniów gromadzono wtedy przed barakiem, żeby dobrze się przyjrzeli, jaka kara czeka tych, którzy coś ukradną. Mimo to nadal to robili. Wkrótce także Selma wynosiła ukradkiem jedzenie i lepsze ubrania dla swoich koleżanek Dwie podstawowe zasady, jakich nauczył ją Chaim brzmiały: nie rzucaj się w oczy i nie patrz na rzeczy, których nie możesz znieść. Zresztą Chaim nie odstępował jej na krok. Stali się nierozłączni, nawet Oberscharfuhrer Frenzel zaczął nazywać ich młodą parą.

W sierpniu przestano kierować do obozu Sobibór transporty z zagranicy. Teraz nawet ci, którzy zwykle mieli coś więcej do jedzenia, zaczęli głodować. Dodatkowo pojawiła się obawa, że skoro nie ma transportów nie będą potrzebni robotnicy i obóz zostanie zlikwidowany. Więźniowie zaplanowali zbiorową ucieczkę.

14 października rano Chaim polecił Selmie, żeby się ciepło ubrała i włożyła wygodne buty. Wiedział, że na ten dzień został zaplanowany bunt. Chciał mieć pewność, że kiedy się zacznie, będą blisko siebie. Selma niedawno przeszła tyfus i nie odzyskała jeszcze w pełni sił. Umówili się w baraku, w którym sortowano leki.

Obóz wyglądał jakby nic się nie działo, ale kiedy czekali na apel, Chaim usłyszał, że dwóch więźniów wybiera się do budynku administracji, żeby zabić jednego z esesmanów. W ostatniej chwili jeden z nich wycofał się. Chaim poszedł zamiast niego. Po latach wspominał:

Nie uważam się za wielkiego bohatera czy bardzo odważnego człowieka. Raczej walczyłem o przetrwanie, w samoobronie. Jeśli bym tego nie zrobił cały plan mógł trafić szlag [...] To nie była decyzja. Raczej reakcja, reakcja instynktowna. Powiedziałem: „Zróbmy to, chodźmy i zróbmy". Weszliśmy do biura i zabiliśmy tego Niemca. Z każdym dźgnięciem noża mówiłem: „To za mojego ojca, za moją matkę, za tych wszystkich ludzi, wszystkich Żydów, których zabiliście... wtedy nóż się ześlizgnął ... wyślizgnął mi się z ręki i zraniłem się[ii].

Selma i Chaim uciekli razem. Selma musiała często przystawać, ponieważ miała biegunkę. Zawsze tak się działo, gdy czegoś bardzo się bała. Tym razem także. Było jej gorąco w dodatkowych ubraniach, więc zdejmowała je kolejno i porzucała. Zerwała też naszyjnik z żydowskimi ozdobami. Tak będzie lepiej, przecież nie wiadomo gdzie trafimy, pomyślała.

Biegli przed siebie, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Gdy dotarli do granicy leśnej polany usłyszeli ludzi rozmawiających w jidysz. Na polanie stało ośmiu mężczyzn, jeden miał broń. Podeszli do nich. Wreszcie spotkali swoich.

- Czy możemy się przyłączyć? - zapytał Chaim. - Nie chcemy was! - usłyszeli, a jeden z nich wycelował w Chaima. Przecież nie zastrzelą mnie na jego oczach pomyślała Selma i zasłoniła sobą Chaima. Zaskoczony mężczyzna odwrócił się i znikł miedzy drzewami. Chaim i Selma byli pewni, że usłyszą strzały, ale nic takiego się nie stało. Nie mogli się przyłączyć, ponieważ obecność Selmy była dla wszystkich zbyt dużym zagrożeniem, nie mówiła po polsku, nie znała polskich zwyczajów. Jeżeli przyszłoby im się ukrywać na wsi, z nią byłoby to bardzo trudne. Tamci woleli nie ryzykować. Chaim zdecydował, że będą szukać gospodarstwa, w którym pracował w 1940 roku. Liczył na przychylność znajomego chłopa. Szli nocą, w dzień spali. Selma była śmiertelnie przerażona. W nocy widziała różne zjawy. Przeraźliwie marzła. Teraz bardzo żałowała, że wyrzuciła dodatkowe ubrania. Nogi spuchły jej do tego stopnia, że pewnego dnia nie była w stanie założyć butów. Wszystko to bardzo opóźniało marsz. Na szczęście mieli pieniądze i kosztowności, o które Chaim zatroszczył się przed ucieczką. Przechowywał je w futerale na okulary. Miał nadzieję, że ta fortuna uratuje im życie. Każdego dnia przed wieczorem, podchodzili do gospodarstw prosząc o jedzenie. Kupowali je. Raz, jeden chłop pozwolił im przespać się w stodole, ale musieli obiecać, że nocą odejdą. Tłumaczył się, że ma małe dzieci i boi się, że sąsiedzi coś zauważą i doniosą na niego. Po dziesięciu dniach dotarli do innego gospodarstwa. Byli wygłodniali, zawszeni i bardzo zalęknieni. Zdecydowani zapłacić wiele, byle odetchnąć i nabrać sił.

- Ukryjesz nas? Zapłacimy - zapytali nieznajomego gospodarza. - Nie. Mieszkam za blisko drogi, ale jutro mogę was zaprowadzić do mojego brata. Przeczekacie w stodole - odpowiedział.

Następnego dnia Selma w przebraniu wieśniaczki jechała furmanką powożoną przez poznanego chłopa. Pod stertą przedmiotów, leżał ukryty Chaim.

U Adama i Stefki mieli ukrywać się aż do nadejścia Armii Czerwonej. Teraz mogli się w końcu umyć i wyprać swoje ubrania. Potem zaprowadzono ich do obory, gdzie przygotowano im kryjówkę. Wdrapali się na górę, na coś w rodzaju strychu. Do nakrycia dostali koc. Reguły były proste: nie wolno głośno rozmawiać, nie wolno schodzić na dół, poruszać się w dzień wolno tylko tyle, ile to niezbędne. Posiłek dostaną raz dziennie. I chociaż ta kryjówka kosztowała bardzo drogo, byli w końcu względnie bezpieczni. Początkowo trudno było Selmie znieść wszechobecny odór krowich odchodów, doprowadzał ją do wymiotów. Nie mogła też przyzwyczaić się do szczurów, wszy i świerzbu. Kilkakrotnie dawali Stefce pieniądze na zakup maści, ale nigdy jej nie otrzymali.

Przez pierwsze pół roku panował względny spokój. Dostawali dość jedzenia żeby przeżyć, jakieś kartki, na których pisali do siebie miłosne listy, a nawet trochę wełny, z której Selma zrobiła na drutach ciepłe skarpety. Zarówno tam, w obozie, jak i teraz nie mieli nic poza sobą nawzajem. Leżeli całymi dniami przykryci sianem i marzyli. Snuli plany na przyszłość. Kochali się.

W kwietniu Selma napisała w swoim pamiętniku:

Sądzę, że jestem w ciąży. Moje piersi zrobiły się duże. To będzie kosztowało nas życie. Oni na pewno nie zgodzą się trzymać nas dłużej. Nie możemy mieć tu dziecka. Leżę tu i płaczę od trzech dni. Nic nie można zrobić poza czekaniem na to, co będzie. Nie możemy chodzić po ulicy. Od razu nas zastrzelą. Nie możemy iść do lekarza. Żaden lekarz nie ośmieli się pomóc Żydówce. Znamy się tak krótko i chcieliśmy pożyć jeszcze razem jak ludzie. Nie mamy rodzin, wszystko przeminęło. Boże, pomóż nam w tym nieszczęściu. Widzieliśmy tysiące ludzi idących na śmierć, a teraz sprowadzamy na świat nowe życie. Teraz dołączymy do umarłych. Dlaczego nie umarłam rok temu w Sobiborze? Nie musiałabym zmagać się z tym nieszczęściem. Ale ciągle mam mojego męża, mojego kochanego męża[iii].

W nocy 23 lipca 1944 roku front zbliżył się na tyle blisko, że słychać było przelatujące nad gospodarstwem samoloty i ostrzał artyleryjski, od którego wszystko drżało. W trakcie dnia nadciągnęły samochody radzieckie i pojawili się pierwsi żołnierze. Chaim i Selma ubrali się w rzeczy, które czekały na ten dzień od dziewięciu miesięcy. Selma nie mogła już dopiąć spodni. Zeszli na dół po drabinie, wprost w objęcia żołnierzy. W końcu byli wolni. Był 23 lipca 1944 roku.

 

Epilog

W pierwszej połowie sierpnia opuścili wieś z uwagi na nasilające się zagrożenie ze strony polskich antysemitów. Pojechali do Chełma, gdzie Chaim pracował w szpitalu dla rannych żołnierzy. Po pewnym czasie zdobył fałszywe dokumenty i zbiegli do Parczewa. Tam wzięli ślub i na świat przyszedł ich syn, Emil. Jednak nawet tam nie czuli się bezpiecznie. Jeszcze zimą przenieśli się do Lublina, gdzie pod swój dach przyjął ich Solomon Podchlebnik (zbiegł wcześniej z obozu w Sobiborze, w tak zwanej ucieczce Waldkommando). Jego mieszkanie było schronieniem dla wielu uciekinierów. Jednakże ataki na ocalałych Żydów nasilały się. W grudniu 1944 roku Leon Feldhendler, przywódca powstania w Sobiborze został zastrzelony w Lublinie przez polskich antysemitów.

Selma i Chaim opuścili Polskę w 1945 roku. Podróż do Odessy przez Rumunię trwała od stycznia do maja 1944 roku. W trakcie podróży statkiem z Odessy do Marsylii zmarł ich syn, Emil. Do Holandii dotarli pociągiem. Zamieszkali w Zwolle, rodzinnym mieście Selmy, gdzie razem z jej ocalałym bratem, Abrahamem i szwagierką prowadzili rodzinny hotel. Tam też urodziło się dwoje ich dzieci, Alida i Ferdinand. W roku 1951 wyemigrowali do Izraela, a w 1957 roku do Stanów Zjednoczonych. Chaim trudnił się początkowo handlem, ale ostatecznie został jubilerem. W latach siedemdziesiątych osiedli w Branford w Connecticut. Tam też pochowany jest Chaim, który zmarł 4 sierpnia 2003 roku.

Selma przechowuje zdjęcie swojej matki, wyrzucone przez nią z pociągu, w drodze do Auschwitz. Ktoś je odnalazł i dostarczył po wojnie. Na odwrocie zdjęcia Alida Nathans Wijnerg napisała: Drogie dzieci. Słyszeliście zapewne, co się stało. Kto wie? Z Bożą pomocą zobaczymy się w lepszych czasach. Bądźcie silni[iv].



[i] Wywiad Lindy Kuzmack z Selmą Wijnberg Engel oraz Chaimem Engel dla United States Holocaust Memorial Museum, 1990 r. http://www.ushmm.org/museum/exhibit/online/phistories/

[ii] Escape from Sobibor, A true story of Triumph and Survival" Richarda Rashke, NY 1982r.

[iii] Informacje własne zebrane podczas rozmowy z Selmą Wijnberg Engel, 2009 r.

[iv] Escape from Sobibor


 

 

 



Powyżej Hotel Wijnberg w Zwolle, w którym mieszkała Selma (Saartje) Wijnberg- Engel przed wojną i  który prowadziła po wojnie wraz z bratem, bratową i mężem. Tu urodziła się córka Alida i syn Ferdinand. (http://homepages.cae.wisc.edu/~wilsonp/pers/travel/amsterdam-zwolle/ autor Paul P. H. Wilson)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Selma i Chaim Engel (dzięki uprzejmości ich córki Alidy Engel)

wtorek, 24 marca 2009 20:59

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

OCALENI Z SOBIBORU

wtorek, 24 marca 2009 20:50
    

  Ocaleni z Sobiboru.

            Utworzenie obozu zagłady w Sobiborze wiąże się ściśle z decyzją o zagładzie ludności żydowskiej zamieszkującej tereny okupowane przez III Rzeszę oraz samą Rzeszę. Masowy mord Żydów został niejako zapowiedziany przez Hansa Franka zimą 1941 r., gdy na posiedzeniu rządu Generalnego Gubernatorstwa powiedział: "Nie możemy rozstrzelać tych 3,5 miliona Żydów, nie możemy ich zatruć, podejmiemy jednak zabiegi, które w jakiś sposób doprowadzą do sukcesu eksterminacyjnego"[1] Jednakże pomysł wykorzystania do tego celu ośrodków ze stacjonarnymi komorami gazowymi narodził się nieco wcześniej, prawdopodobnie jesienią 1941 roku. Świadkowie mieszkający w okolicach Sobiboru relacjonują, że materiały budowlane przeznaczone na budowę obozu zostały sprowadzone przed pierwszymi śniegami a niemieccy oficerowie przybywali trzykrotnie drezyną kolejową aby dokonywać pomiarów rampy kolejowej stacji w Sobiborze oraz okolicznych terenów leśnych . Wiosną 1941 do Lublina przybyli funkcjonariusze biorący udział w akcji uśmiercania chorych psychicznie tzw. „akcji T4" - min. Christian Wirth. Prawdopodobnie z przyczyn technicznych budowa rozpoczęła się dopiero w marcu 1942. Do pracy przy budowie obozu przywieziono Żydów z Włodawy. Teren (około 30 akrów) ogrodzono potrójnym płotem z drutem kolczastym oraz postawiono pierwsze baraki, nad bramą wjazdową zawieszono drewniany szyld z napisem „SS SONDERKOMMANDO" Aby uniemożliwić obserwowanie obozu z zewnątrz , w ogrodzenie zewnętrzne wpleciono gęsto młode gałązki. Pierwotnie na terenie obozu znalazły się stojące tam uprzednio zabudowania: dawny budynek poczty zamieniony w willę komendanta, leśniczówka zamieniona w budynek administracji, wieża przeciwpożarowa oraz kapliczka, tak zwany „lazaret", w której dokonywano natychmiastowej egzekucji osób niedołężnych, opóźniających marsz w kierunku komór gazowych. W maju zbudowano kolejkę wąskotorową co istotnie usprawniło proces zagłady, służyła ona bowiem do szybkiego przewożenia starców i dzieci oraz transportu mienia ofiar do sortowni. Teren obozu podzielono na część garnizonową oraz cztery główne działy wewnętrzne zwane lagrami I, II,III,IV. W części garnizonowej zamieszkiwali essesmani. Swoje wille nazwali „Jaskółcze Gniazdo" oraz „Radosna Pchełka" Baraki Ukraińców oraz ich kuchnia stały w środkowej i północnej części obozu. Tu mieścił się także peron gdzie wysiadały ofiary. W lagrze I znajdowały się baraki mieszkalne i kuchnia dla więźniów oraz warsztaty usługowe (krawiecki, szewski, stolarze, mechanicy). To tutaj odbywały się codzienne apele. W lagrze II mieściło się małe gospodarstwo ze stajniami dla koni i pomieszczeniami dla innych zwierząt oraz budynek administracji, kaplica - „lazaret', wieża obserwacyjna oraz sortownie i magazyny. To tutaj przechodzili poganiani przez strażników ludzie ażeby rozebrać się i oddać kosztowności. Do lagru III prowadziła już tylko długa na 150 i szeroka na 3 metry „Droga do nieba" („Himmelfahrtstrasse"). Wiodła ona bezpośrednio do komór gazowych . Ci, którzy chociażby zajrzeli przez uchyloną bramę do lagru III byli natychmiast do niego włączani. Thomas Toivi Blatt pisze: „Pytanie o przyczyny takiej polityki było intrygujące. Tak naprawdę, odgadnięcie tego, co działo się w lagrze III nie było trudne dla więźniów z innych części obozu. Latem pod wpływem wysokiej temperatury, gazy i ciecze wytwarzane przez rozkładające się ciała wyciekały z masowych grobów. (...) Odór był nie do zniesienia i czuło się go w odległości kilku kilometrów wokół terenu obozu.[2] Lagry były dodatkowo otoczone drutami kolczastymi i stanowiły niejako klatki w klatce. Przemieszczanie się pomiędzy lagrami było ściśle kontrolowane przez strażników a dostęp do strefy straceń właściwie niemożliwy. Rozbudowa obozu w kierunku północnym nastąpiła w sierpniu 1943 roku kiedy to na polecenie Himmlera SS Sonderkommando Sobibór miał zostać  przekształcony w magazyn i sortownię zdobytej na wschodzie broni. Aby zrealizować propozycję Himmlera przesunięto granicę obozu oraz zbudowano drogę i dziewięć bunkrów. Powstał wtedy Lager IV („Lager Nord - Obóz północny").

 Zabezpieczenie obozu przed ucieczkami oraz ewentualnymi atakami partyzantów było dla Niemców sprawą najwyższej wagi. Obóz posiadał własny generator prądu, od strony zachodniej wykopano rów z wodą, teren wokół obozu został zaminowany, rozmieszczono liczne wierze strażnicze. Wachty ukraińskie zmieniały się co cztery godziny. Dlatego też próby ucieczek z obozu nie były podejmowane często. Pierwsza udana ucieczka miała miejsce we wczesnej fazie istnienia obozu. W trakcie zamieszania podczas prowadzenia ofiar do komory gazowej trzech nagich mężczyzn schowało się w krzakach a nocą prześlizgnęli się pod drutem kolczastym i powrócili do Włodawy.[3]  O innej udanej ucieczce opowiada Mosze Szklarek: „Pracowałem wtedy w komandzie rozładowującym transporty. Tego dnia nie przybył żaden transport. Przenosiliśmy rzeczy ofiar z lagru II na rampę kolejową. Ponieważ z każdego transportu wybierani byli nowi do pracy, Niemcy nie zauważyli, że kogoś brakuje. Podczas ładowania rzeczy do wagonów pozostawiliśmy wolną przestrzeń pomiędzy pakunkami, tam ukrył się zbieg. Wiedzieli o tym tylko ci, którzy pracowali przy załadunku. Zawsze po  załadowaniu wagonu zamykaliśmy zamek i zakładaliśmy pieczęć. Wagony czekały na lokomotywę na bocznicy. Po jakimś czasie okazało się, że ucieczka powiodła się"[4]. Miało to miejsce w maju  1942 roku. Tożsamość zbiega oraz jego dalsze losy nie są znane. Inna  udana ucieczka miała miejsce w listopadzie 1942 roku. Uciekinierem był Zyndel Honigman, wówczas 32 letni żyd urodzony w Kijowie. Uciekł po dwóch dniach pobytu w lagrze II, przedostając się pod drutami kolczastymi.(Wtedy jeszcze teren wokół obozu nie był zaminowany) .Powrócił do getta w Izbicy, skąd został ponownie deportowany do Sobiboru w kwietniu 1943 roku.  Ponownie zbiegł z obozu w trakcie zbiorowej ucieczki tzw. Waldkommando (komanda pracującego w lesie) w lipcu tegoż roku.[5] Po wojnie zeznawał w procesie w Hagen. Emigrował do USA.

 Nocą z 25 na 26 grudnia 1942 miała  miejsce wspólna ucieczka trzech więźniów  i dwóch strażników ukraińskich (Emil Zischer i Wiktor Kisilew). Ukraińcy i kobieta  (Pesia Liberman) zostali wydani przez polskiego rolnika we wsi Kozia Górka i zastrzeleni na miejscu przez trzech polskich policjantów.[6] Los zbiegłych mężczyzn pozostał nieznany.

W czerwcu 1943 z obozu udało się zbiec Józefowi Pelcowi wraz z towarzyszem (murarzem z Chełma). Nocą przecięli drut kolczasty i pod osłoną gwałtownej ulewy uciekli do lasu . Tę ucieczkę przypłaciło życiem 20 więźniów w obozie. Tak opisuje to wydarzenie Thomas Toivi Blatt: „Poszedłem na miejsce ucieczki za męskimi barakami. Zobaczyłem przecięte, zwisające druty. Wiedziałem, że nas czekają reperkusje, ale nie wzbudziło to we mnie negatywnych uczuć wobec tych, którzy uciekli. Zamiast tego czułem zazdrość." [7] Józef Pelc przeżył wojnę i wyemigrował do USA.

Największa zbiorowa ucieczka miała miejsce 20 lipca 1943 roku. Tego dnia pracę w lesie nadzorował Werner Dubois. Ponieważ praca była bardzo ciężka a upał doskwierał, dwóch Żydów, Józef Kopf i Szlomo Podchlebnik udało się wraz z ukraińskim strażnikiem po wodę do oddalonej o trzy kilometry wsi Żłóbek. W drodze powrotnej Żydzi zaproponowali strażnikowi wymianę kosztowności na jedzenie i wódkę. Kiedy Ukrainiec oglądał rzeczy, Kopf złapał go za kark i rzucił na ziemię, a Podchlebnik poderżnął scyzorykiem gardło.[8] Więźniowie zabrali karabin i uciekli. Pozostali w lesie strażnicy zaczęli się niepokoić długą nieobecnością towarzysza. Wysłano po nich strażnika ale ten bardzo szybko powrócił z informacją o jego śmierci. Świadomi swego losu Żydzi zaczęli uciekać. Z pracujących w lesie nie uciekali jedynie Żydzi holenderscy. Wojnę przeżyli :Szlomo Podchlebnik i Zyndel Honigman (emigrowali do USA), Abraham Wang i Symcha Białowicz (emigrowali do Izraela), Chaim Kornfeld (emigrował do Brazylii) i Józef Kopf . Ten ostatni został zbity niedługo po wyzwoleniu gdy pojechał na wieś "do przyjaciół" odebrać swoje oddane na przechowanie rzeczy. [9]

O ucieczce myślano w obozie cały czas. Powstała nawet podziemna organizacja pod dowódcą Leona Feldhendlera, trzydziestotrzyletniego syna rabina, prezesa Judenratu w Żółkiewce. Niestety Żydzi przebywający w obozie nie mieli do tej pory doświadczenia z bronią zatem zbiorowy bunt raczej nie wchodził w rachubę. Sytuacja zmieniła się diametralnie kiedy to 22 września 1943 roku do Sobiboru przybył transport z Mińska. Pośród przybyłych 2000 Żydów znajdowali się oficerowie Armii Czerwonej. Do pracy przy budowie lagru IV Niemcy wybrali osiemdziesięciu mężczyzn. Jednym z nich był Aleksander (Sasza) Peczerski[10], trzydziestopięcioletni więzień wojenny, urodzony w Kremenczuku w Rosji. Z towarzyszami mówił po rosyjsku ale ponieważ w domu rozmawiał ze swoją rodziną w jidisz mógł porozumieć się z więźniami[11].Obecność rosyjskich oficerów przywódcy podziemia potraktowali jak dar niebios. Natychmiast nawiązano z nimi kontakt i utworzono wspólną organizację, której celem było zorganizowanie zbrojnego powstania i masowej ucieczki z obozu. Jedną z wtajemniczonych osób, która odegrała niemałą rolę podczas buntu, był piętnastoletni Szlomo Szmajzner. Swoją tragedię pobytu w obozie oraz przygotowania do powstania opisał  w swojej książce napisanej po latach w brazylijskiej dżungli: "Plan został ustalony a my rozpoczęliśmy przygotowania do ucieczki. Od krawców pracujących dla Ukraińców dostałem buty. Od pracowników sortowni w lagrze II wziąłem lepsze ubranie, które nie zwracałoby niczyjej uwagi gdyby faktycznie udało się nam uciec.(...) Wielu spośród tych, którzy nie byli wtajemniczeni, wyczuwało „coś w powietrzu"[12] Podobnie jak inni Szmajzner emigrował do Brazylii.

Powstanie wybuchło 14 października 1943 roku o godzinie 16 popołudniu. Zanim doszło do faktycznej ucieczki z obozu tajna organizacja pod wodzą Peczerskiego zabiła większość oficerów niemieckich i kilku Ukraińców oraz weszła w posiadanie ich broni. Formalnym przywódcą był Leon Feldhendler ale to Sasza Peczerski swoją przemową podczas buntu dał sygnał do zbiorowej ucieczki „Naprzód! Hura! Za Stalina!" krzyczał. Więźniowie podzielili się spontanicznie na dwie grupy. Jedna z nich szturmowała ogrodzenie w lagrze I, druga, zaopatrzona w broń podążała w kierunku bramy. Tak opisuje ten moment Kalmen Wewryk: "Biegliśmy przed siebie w panice jak zwierzęta, aby szybciej dostać się do lasu.(...) Ludzie padali jak muchy, kule świszczały nam nad głowami. Ujrzałem znajomego, leżał na ziemi i krzyczał do mnie: "Kalmen, pomóż mi, jestem postrzelony, jestem postrzelony!" Kto wtedy potrafił się zatrzymać aby komuś pomóc? Naszym jedynym pragnieniem było dotrzeć do granicy lasu. To oznaczało ucieczkę z piekła."[13] Kalmen Wewryk przeżył wojnę walcząc w Sowieckiej partyzantce. Po wyzwoleniu Chełma powrócił do rodzinnego miasta ale nie odnalazł tam już nic ze swego życia. Wraz z innymi ocalałymi z powstania pojechał do Wrocławia gdzie był więziony i przesłuchiwany przez polską policję . Ożenił się z kobietą ocalałą z obozu w Auschwitz. W 1956 emigrował wraz z żoną i córką do Francji a potem do Kanady. W 1984 roku napisał: "Moi znajomi zastanawiają się dlaczego nadkładam drogi aby ominąć grill-bary. Nie mogę znieść zapachu palącego się mięsa i skwierczącego tłuszczu. To co dla innych jest przyjemne dla mnie jest torturą. Kiedy wdycham ten zapach powracam do piekła z którego uciekłem 40 lat temu."[14]

„Dnia 14 października  1943 roku, około godziny 17.00 doszło do powstania Żydów w obozie SS w Sobiborze, 40 kilometrów na północ od Chełma. Żydzi pokonali strażników, zdobyli magazyn z bronią, i po strzelaninie uciekli w nieznanym kierunku. Dziewięciu Niemców zabitych. Jeden esesman ranny. Jeden esesman zaginął. Dwóch strażników narodowości nieniemieckiej śmiertelnie postrzelonych."[15] Dla tych, którym udało się dobiec do lasu rozpoczęła się nowa  gehenna. Ścigani byli nie tylko przez policję, SS oraz zawodowych żołnierzy ale także przez miejscowych kolaborantów. W trakcie wybuchu powstania w obozie znajdowało się 550 więźniów z których uciekło 320 osób.[16]  Wyzwolenia doczekało zaledwie 53 uciekinierów z powstania

 

Rozmawiałam kilkakrotnie z Thomasem Toivi Blattem. To co było uderzające w jego wspomnieniach to fakt, iż latami powracał w te okolice. Szukał ludzi, głownie Marcina Bojarskiego - chłopa, który ukrywał go przez pół roku w kryjówce w stodole. Niestety gospodarz pewnego dnia postanowił zastrzelić swoich podopiecznych. "Usłyszałem strzał pistoletu i poczułem ostre, palące szarpnięcie pocisku pod szczękę. Zadzwoniło mi w uszach. Instynktownie wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy i osunąłem się na ziemię.(...) Poczułem pętlę wokół stóp. Ciągnęli mnie na zewnątrz, najwyraźniej przeszkadzałem im w dotarciu do Szmula. Położyli mnie w błocie. Byłem nagi. (...) „Zakopiemy ich jutro, do tego czasu nie zgniją, a w dzień będziemy mogli przeszukać ich dokładniej" Kiedy odeszli wyczołgałem się i pobiegłem do lasu" [17]  Marcin Bojarski wraz z rodziną opuścił swoje gospodarstwo. Prawdopodobnie zmarł we Wrocławiu w 1993 roku. Thomas nosi tę kulę  pod skórą do dziś.

Po wyzwoleniu, latem 1944 roku, kilkunastu uciekinierów z Sobiboru przybyło do Lublina. W kamienicy przy ulicy Kowalskiej zamieszkali Hersz Blank, Szlomo Szmajzner, Toivi Blatt i Leon Feldhendler. Pod koniec października podporucznik AK w Lublinie Czesław „Jemioła" Rosiński otrzymał rozkaz zlikwidowania konfidenta UB Hersza Blanka. Wyrok wykonano 4 listopada 1944 przy ulicy Kowalskiej 4. Leon Feldhendler zginął pół roku później. Przez ten czas zdążył ożenić się z Perlmutter - Żydówką z Krasnegostawu i wyprowadzić do mieszkania na ulicy Złotej. "Był bardzo szczęśliwy i często mówił, że nie wyobrażał sobie w Sobiborze, że jeszcze w życiu będzie mógł zaznać szczęścia.. Drugiego kwietnia przed siódmą wieczór siedzieliśmy  w naszym pokoju. Był to ostatni pokój, mieszkaliśmy w sublokatorstwie. Usłyszałam ruch w pokoju gospodarzy. Leżałam na tapczanie czytając książkę. On coś pisał. Coś mnie tknęło. Powiedziałam tylko <<Leon, to oni>>. Doszedł do drzwi. Ujął za klamkę. Padł strzał. Jeden strzał przez drzwi. Stał blady. Zerwałam się nie rozumiejąc. Uciekajmy drugimi drzwiami, powiedziałam. <<Nie mogę... Mam kulę o tu>> Lecz jeszcze nie chciałam wierzyć, nie mogłam uwierzyć, że to tak, aż tak okropne. Uciekliśmy na ulicę. Złapałam dorożkę. Pojechaliśmy do szpitala. Męczył się jeszcze trzy dni..."[18] Małżeństwo Feldhendlera trwało 5 tygodni i trzy dni. Jak twierdzi Blatt „Leon został zastrzelony przez antysemitów"[19] Ale okoliczności tego morderstwa nie są jasne bowiem podobnie jak w przypadku Blanka oskarżeni o nie zostali żołnierze AK.

A co stało się z drugim przywódcą powstania - Saszą? Początkowo uciekali wszyscy razem ale 16 października Peczerski wraz z ze swoimi rosyjskimi towarzyszami odłączyli się pod pretekstem konieczności dokonania zwiadu. Zabrali prawie całą broń i nie powrócili już do grupy. Po latach, w 1979 roku  powiedział:  ''Moja rola była skończona. Wy byliście polskimi Żydami na własnym terenie. Należałem do Związku Radzieckiego i wciąż uważałem siebie za żołnierza."[20] Z pomocą miejscowego chłopa przekroczyli Bug i powrócili do Związku Radzieckiego. Tam przyłączyli się do grupy partyzanckiej Woroszyłowa. Niedługo potem Sasza wstąpił do Armii Czerwonej. Za męstwo w walce otrzymał medal. Z córką Eloczką zamieszkał na Ukrainie i powrócił do pracy jako nauczyciel muzyki. Wkrótce jednak został aresztowany i na wiele lat osadzony w więzieniu. Dopiero gdy ocaleni z Sobiboru zaczęli go poszukiwać i potwierdzać jego wersję wydarzeń sobiborskich, został zwolniony. Zmarł dożywszy przeszło osiemdziesięciu lat, w Rostowie nad Donem w 1990 roku. Jedną z ulic w Cefacie, w Izraelu nazwano jego imieniem.

Większość spośród tych, którzy przeżyli dawała w swoim życiu wielokrotnie świadectwo zbrodni. Zeznawali w procesach, pisali książki, byli autorami bądź konsultantami filmów fabularnych.  Mosze Szklarek (Szklar), który debiutował jako poeta w 1948 roku na łamach prasy żydowskiej pisał:

 „Wino płacz swój wsącza do kieliszków,

rozstawionych na krańcach stołu

niby gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy

z odrąbanym dyszlem.

Cztery - liczę.

Cztery mieniące się kieliszki

W świetle wieczoru,

Gasnące powoli

Na ustach

Gości - mych braci zgładzonych"[21]

Jedynym uciekinierem z obozu w Sobiborze, który do końca życia pozostał w Polsce był Leon Cymiel. Po powstaniu dotarł pieszo do Chełma, swojego rodzinnego miasta i przyłączył się do partyzantki. Po wojnie służył w Wojsku Polskim. O obozie nie chciał opowiadać nikomu, nawet rodzinie.   O swojej ucieczce opowiadał następująco: „Ja i mój kolega oderwaliśmy się od głównej grupy, która ruszyła do lasu. Pobiegliśmy wzdłuż torów kolejowych prowadzących do mojego rodzinnego miasta. Pod wpływem emocji nie myśleliśmy logicznie. Szliśmy wzdłuż torów, a nie jakimiś lasami czy polami. W nocy szliśmy wzdłuż torów, a we dnie ukrywaliśmy się w krzakach. Droga na Chełm prowadziła przez most na rzece Uherka, który był chroniony przez Niemców. A my postanowiliśmy przejść przez ten most jak gdyby nigdy nic. Wartownicy byli przekonani, że jesteśmy robotnikami, bo niedaleko była lokomotywownia, a my mieliśmy na sobie eleganckie kombinezony. Drugiej nocy ucieczki byliśmy bardzo głodni. Doszliśmy do ukraińskiej wsi (a Ukraińcy wysługiwali się Niemcom) i zapukaliśmy do jakiegoś domu. Mieliśmy jednak szczęście. Nakarmili nas i powiedzieli, jak iść, żeby nie natknąć się na Niemców. Kiedy wróciłam do Chełma, pomogli mi Polacy, znajomi ojca, bo Żydów już wtedy wszystkich wywieźli. Ale wśród Polaków byli też „szmalcownicy", którzy sprzedawali Żydów Niemcom. Z kolei kiedy pracowałem w koszarach, pomagali mi niektórzy Niemcy. Są więc ludzie i ludzie. Jak można więc nienawidzić wszystkich Żydów, wszystkich Niemców czy wszystkich Polaków..."[22]

Do likwidacji obozu przystąpiono na rozkaz Himmlera bezpośrednio po powstaniu. W tym celu do Sobiboru została skierowana  część personelu niemieckiego (min. Franz Suchomel) z Treblinki oraz Dorohuczy. Ponadto z Treblinki przyjechały dwa transporty więźniów żydowskich. Pierwszym przybyło około 300 osób oraz niezbędny sprzęt, drugim kolejnych 150 robotników. O przybyciu jednego z transportów tak opowiadał Suchomel: "Żydowski kapo Karl Blau, pochodzący z Wiednia, wystąpił aby zameldować Gustawowi Wagnerowi <<Oberkapo Karl Blau z Treblinki wraz z ...Żydami (tu podał dokładną ich liczbę) melduje się do pracy>> Potem nastąpił podział robotników. (...) Mnie przydzielono dwóch szewców i sześciu krawców".[23] Komendant obozu w Treblince - Franz Stangl, mianował Karla Blaua głównym kapo z uwagi na starą znajomość z Austrii. Obiecywał mu, że po wojnie znajdzie dla niego gospodarstwo gdzie będzie mógł spokojnie zamieszkać wraz z żoną. Karl Blau  wywiązywał się ze swojego zadania wzorowo. Nawet pejcz sprawił sobie dłuższy niż inni kapo. Ale wiosną zaczął skarżyć się Stanglowi na złe samopoczucie i ten uczynił go szefem kuchni gotującej dla Żydów. Niestety w sierpniu 1943 roku komendant Stangl został przeniesiony do Triestu a gorliwy kapo utracił protektora. Ostatni akt tragedii sobiborskiej rozegrał się 23 listopada kiedy to rozstrzelani zostali  przywiezieni robotnicy żydowscy. Pośród nich nie było jednak kapo Blaua. Razem z żoną zostali powiadomieni o planowanej egzekucji przez esesmana Suchomela i popełnili samobójstwo zażywając truciznę.[24] Taki luksus należał się jednak jedynie wybranym. Pozostali zostali poprowadzeni na miejsce egzekucji gdzie z szyn rozebranej kolejki wąskotorowej utworzono ruszt. Więźniom kazano układać się piątkami na szynach i strzelano im w tył głowy. Ciała podpalono, a szczątki zakopano. Na terenie obozu utworzono niewielkie gospodarstwo rolne. Teren ponownie zalesiono.[25]



[1] . AIPN Diensttagebuch strona 458. Tłumaczenie cytatu pochodzi z artykułu Bogdana Musiała „Geneza i początek „akcji Reinhardt"

[2] Thomas Toivi Blatt „Sobibór- zapomniane powstanie" str. 34

[3] Thomas Toivi Blatt „Sobibór -zapomniane powstanie" str. 91

[4] Mosze Szklarek „Beit Lohamei Hegetaot Archiv Nr 4695-5"

[5] Jules Schelvis „Vernichtungslager Sobibór"str 158

[6] Thomas Toivi Blatt „Sobibór - zapomniane powstanie",  str. 91

[7] Thomas Toivi Blatt „Sobibór - zapomniane powstanie", str. 93

[8] Zeznania Szlomo Podchlebnika dla ŻIH 301/10

[9] Thomas Toivi Blatt „Sobibór - zapomniane powstanie", str 100

[10] Aleksander Aronowicz Peczerski (w niektórych źródłach Peczorski)

[11] Jules Schelvis „Vernichtungslager Sobibór" str 171

[12] Stanisław Szmajzner „Extracts from the Tragedy of a Jewish Teenager"

[13] Kalmen Wewryk  Świadectwo złożone dla  Montreal Institute for Genocide (MIGS)

[14] Kalmen Wewryk  Świadectwo złożone dla  Montreal Institute for Genocide (MIGS)

[15] Treść depeszy nadanej przez szefa Policji w Lublinie Jakoba Sorrenberga do Friedricha Kruegera w Krakowie.

[16] Thomas Toivi Blatt „Sobibór - zapomniane powstanie" str. 131

[17] Thomas Toivi Blatt „Sobibór - zapomniane powstanie" str. . 155

[18] Kartki z zapiskami żony znajdują się w Instytucie Pamięci - Yad Vashem, a cytat pochodzi z książki Hanny Krall  „Niezwykle długa linia".

[19] Internetowy chat z Thomasem Blattem dostępny na stronie www.judaism.com

[20] Wywiad z Peczerskim  przeprowadził Thomas Toivi Blatt, a jego pełna wersja znajduje się w książce „Sobibór - zapomniane powstanie"

[21] Mosze Szklar „Biesiada" w tłumaczeniu Arnolda Słuckiego . Wiersz "Biesiada" zostal napisany przez Mojzesza Szklarka (Mosze Szklara),  znajduje sie w tomiku " Slowa Moje,Piesni Moje " wydanej w Krakowie w 2008.

[22] Grzegorz Gałęzia i Krzysztof Białoskórski „Ci, którzy przeżyli" str. 173

[23] Jules Schelvis „Vernichtungslager Sobibór" str. 219

[24] Gitta Sereny „W stronę ciemności. Rozmowy z komendantem Treblinki." str. 182

[25] Niektóre zabudowania, zwłaszcza te  mieszczące się obok rampy kolejowej, były wykorzystywane do lipca 1944.
Nie została zniszczona także willa komendanta  (powyżej).

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  161 302  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

Maria Ciesielska, z zawodu lekarz, z zamiłowania badacz, poszukiwacz i szperacz. Czasami tłumacz. Kontakt: maryludek@wp.pl

O moim bloogu

Bloog o zacięciu poznawczym.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 161302

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl