Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 324 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Uroczysta sesja poświęcona pamięci dr Marii Wrkenthin w Muzeum Powstania Warszawskiego.

czwartek, 14 kwietnia 2011 13:32

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do Muzeum Powstania Warszawskiego 27.04.2011 na godzinę 12.00 do sali im. Jana Nowaka - Jeziorańskiego na uroczystą sesję poświęconą pamięci lekarz radiolog Wiktorii Marii Werkenthin. Wstęp wolny.

 

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (1) | dodaj komentarz

Losy Hani Wróblewskiej w czasie okupacji.

wtorek, 09 listopada 2010 12:30

 

Wstęp.

  Gdy 18 stycznia 1945 roku rozpoczęto ewakuację więźniarek obozowego
szpitala w KL Birkenau, Hanusia była tam zupełnie sama. Jeszcze pół roku
temu wraz ze swoim braciszkiem Bohdankiem, mieszkała w cichym i
spokojnym majątku pod Radomiem, u niezwykle gościnnych państwa
Plewińskich. Jednakże zbliżający się front działań wojennych wzbudził w
nich niepokój o los dzieci. Dotychczasowi opiekunowie postanowili wysłać
je z powrotem do rodziny w Warszawie. Tam też zastał je wybuch
Powstania Warszawskiego. Po zajęciu Mokotowa, wraz z innymi
mieszkańcami, zostały wyprowadzone z miasta w kierunku obozu
przejściowego w Pruszkowie. Szczęśliwie, Bohdanka, udało się wyciągnąć
z kolumny wraz z innym chłopcem. Kobieta, która się nim opiekowała miała
szwajcarski paszport. Hania z opiekująca się nią inżynierową Kolbergową,
trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie 11 sierpnia 1944.

 


Pruszków.

 


Obóz dla wysiedlanej z Warszawy ludności cywilnej utworzono w sierpniu
1944, już w kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego. Komisarz
miasta Pruszkowa – Walter Bock wezwał w dniu 6 sierpnia prezesa
Delegatury Rady Głównej Opiekuńczej księdza proboszcza Edwarda Tyszkę i
polecił mu zgromadzić w ciągu kilku godzin pięć tysięcy talerzy i łyżek
na potrzeby powstającego obozu. Pierwszy - pieszy transport kilku
tysięcy mieszkańców Woli dotarł na teren warsztatów kolejowych 7
sierpnia.(przypis: Hale taboru kolejowego zostały opróżnione kilka
tygodni wcześniej a urządzenia wywieziono do Frischau koło Piły. ) "Poza
zbiórką naczyń i przygotowaniem pomocy lekarskiej przez jednego lekarza,
żadne inne przygotowania organizacyjne nie poprzedziły przyjęcia
pierwszych transportów. Toteż wszelkie próby ze strony wymienionych,
(przypis: Obowiązki kierownicze sprawowali SS-Obersturmbahnfuerer
Stephan i SS-Sturmbahnfuerer August Polland), zmierzające do opanowania
tumultu, powstałego chaosu i ujęcia masy wysiedleńców w jakiekolwiek
karby organizacyjne pozostały bez rezultatu. Ochrypli, charczący już
tylko, gubili się po prostu w natłoku, strzałach i jękach. Niemcy mieli
bowiem tylko jeden argument w stosunku do Polaków – strzał i jedną tylko
nazwę – bandyci. Toteż strzały padały co chwilę i co chwilę przynoszono
rannych do opatrunku z ranami postrzałowymi. (…) Dla całości obrazu
należy dodać że hala nr 1, do której na początku kierowano transporty,
była nieprawdopodobnie zatłoczona i ludzie, mimo wymyślań żandarmów,
bicia i kopania, zaczęli przelewać się przez wyjście. Wówczas dla ciężej
chorych i rannych zajęto hale nr 2, ale i to nie pomogło. Hale zarzucone
były różnym żelastwem, odpadkami i śmieciami, zalane oliwą i smarami
oraz pokrojone liniami szyn, między którymi znajdowały się niemal na
całej długości tzw. doły rewizyjne, służące do reperacji podwozia
wagonów. Podłoga zalana była wodą. Tłok, zaduch nie do opisania.
Najbardziej dyskretne potrzeby fizjologiczne wysiedleni zmuszeni byli
załatwiać na oczach wszystkich." (cytat z : Józef Wnuk "Losy dzieci
polskich w okresie okupacji hitlerowskiej" Młodzieżowa Agencja
Wydawnicza 1980, s 96) Po 10 sierpnia Niemcy rozpoczęli segregacje
ludzi, uznając za niezdolnych do pracy na terenie Rzeszy min. Dzieci do
lat 15 i kobiety powyżej lat 50. Tych kierowano do hali nr 1, gdzie
oczekiwali na transport. Po upadku Woli, Starówki, Mokotowa i
Czerniakowa nienawiść Niemców wobec Warszawiaków była tak ogromna, że
transporty wysyłano wprost do obozów koncentracyjnych. W ten sposób
Hania wraz ze swoją opiekunką i jej rodziną trafiła do KL Auschwitz –
Birkenau. (Przypis: Według obliczeń obozowej sekcji RGO, przez obóz w
Pruszkowie przeszło około 685 tysięcy mieszkańców Warszawy i okolic.
źródło jw. s 98)

 Birkenau.


Pierwszy transport ludności cywilnej z Powstania Warszawskiego
przywieziono do KL Auschwitz II- Birkenau 12 sierpnia 1944 roku. W
transporcie przybyło 1984 mężczyzn i chłopców oraz 3600 kobiet i
dziewcząt. Otrzymali kolejne numery: od 83085 do 86938. Numery te nie
zostały im jednakże wytatuowane (przypis: Danuta Czech "Kalendarz
wydarzeń w KL Auschwitz" Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu –
Brzezince, 1992, s. 730) Kobiety i dzieci umieszczono na odcinku BIa,
gdzie mieścił się także obozowy szpital dla kobiet zwany rewirem.
Hanusia trafiła razem z panią Kolbergową do jednego z baraków na tym
odcinku. Ale dzieciom nie należały się poza tym żadne przywileje.
Podobnie jak dorośli, brały udział w apelach, pracowały bądź były
"króliczkami" doświadczalnymi w pseudonaukowych badaniach prowadzonych
przez niemieckich lekarzy.
Kiedy pani Kolbergowa zachorowała na tyfus, trafiła prawdopodobnie na
blok 18, zwany "durchfalowym" (biegunkowym). Tam jedną z polskich
lekarek-więźniarek była doktor Irena Białówna. To dzięki jej
wstawiennictwu udało się namówić blokową, by zatrudniła małą Hanie jako
rewirowego gońca. Była to względnie dobra praca dla małego dziecka.
Zapewniała dach nad głową, nieco lepsze i pewne wyżywienie ale nade
wszystko opiekę polskiego personelu szpitala.
Pani Kolbergowa zmarła na tyfus 10 stycznia 1945 roku, a w tydzień
później zabrakło także doktor Białówny, która wyjechała z transportem
dzieci.

 Ewakuacja.


Pomimo dwudziestostopniowego mrozu i ogromnego zamieszania wymarsz
chorych więźniarek i personelu szpitalnego nastąpił po popołudniowym
apelu około godziny siedemnastej. Przeszło cztery tysiące kobiet i
dziewcząt, a także dzieci, zostało przeprowadzonych do obozu
macierzystego aby ostatecznie uformować kolumny marszowe. Wśród tłumu,
na niewielkim wózeczku wraz z tobołkami, ciągniętym na zmianę przez
kilka kobiet, siedziała Hanusia.
"W Oświęcimiu krótki odpoczynek. Jednakże nadzieja na wagony zawiodła, a
co gorsza odebrano nam wózek. Trzeba było samemu dźwigać bagaże, a
większość, nie mając sił, ciągnęła tobołki po śniegu. Niektóre zdobyły
stołeczki, które odwrócone służyły jako sanki. Haneczkę na przemian
lokowałyśmy na czyichś plecach lub na stołeczku, a czasem dla rozgrzewki
biegła obok nas. Tobołki i stołki plątały się pod nogami, utrudniając
utrzymanie równego kroku, co bardzo męczyło. Szłyśmy tak całą noc,
sięgając czasem do rowu po grudkę śniegu, aby orzeźwić się nieco. Co
chwila, widok leżącego w przydrożnym rowie ciała działał przygnębiająco.
Widocznie nie zdążył czy nie zdążyła za innymi."
W tym dniu na trasie Oświęcim – Miedźna rozstrzelano lub zmarło z
wycieńczenia przeszło 70 osób. (Danuta Czech "Kalendarz…"s.849)
Ostatnia kolumna ewakuacyjna dotarła nad ranem, 19 stycznia, do Ćwiklic.
Początkowo esesmani zarządzili dłuższy postój. Hanusia nie była już w
stanie samodzielnie iść. Poruszała się jedynie na czworakach. Była
przemarznięta i wyczerpana. Jej wychudzone ciało sześciolatki nie było
wstanie znieść więcej. Nagle Niemcy zmienili zdanie. Pośród okrzyków
"schneller", "los", "raus" wypędzono więźniów na drogę.
"Mimo, że byłyśmy bardzo zmęczone, wstąpiła w nas otucha. Jasnym dla nas
stawało się, że skoro sami Niemcy nie wypoczywają, musi im bardzo
zależeć na pośpiechu, a więc wojska radzieckie muszą się zbliżać.(…)
Ostatkiem sił dowlokłyśmy się do odległej o parę kilometrów Poręby,
gdzie wreszcie pozwolono nam odpocząć."
Pani Janina nie wspominała jak wielkim trudem było dla niej, osoby już
niemłodej, opiekowanie się dziewczynką podczas drogi. Sama wcześniej
ciężko chorowała w obozie i doświadczyła dobroci obcych. Po odzyskaniu
sił, służyła chorym w obozowym rewirze. Więźniarki nazwały ja "Mateńką".
Wieczorem ostatnia kolumna dotarła do wsi Poręba, gdzie zarządzono
postój i nocleg. Miejsca w stodołach były już pozajmowane przez
niemieckie więźniarki kryminalne. Reszta miała nocować na dworze.
"Musiałyśmy szukać innego schronienia, w czym dopomógł nam spotkany we
wsi ss-man, który w obawie żebyśmy się nie rozproszyły i nie zginęły,
zaprowadził nas do stodoły kowala nazwiskiem Pająk, gdzie wreszcie
znalazłyśmy trochę miejsca na słomie.(…) Kowal Pająk nie bardzo się
zajmował i nie był nam przychylny, ale jego córka Małgosia Gładko, w
jednej z nas rozpoznała znajomą i zabrała całą grupę do swojego
mieszkania."
Hanusia, wleczona w kolumnie przez całą drogę z Ćwiklic, miała na twarzy
zamarznięte łzy. Buciki, które nosiła były za małe. Pięty zdeptywały
dolne części cholewek i obtarły opuchnięte stopy do krwi. Położona do
łóżka – spała z małymi przerwami trzy doby. W tym czasie część
więźniarek z pomocą pani Gładki uciekła. Kiedy w sobotę rano
(20.01.1945) konwojujący esesman zarządził wymarsz, Hanusia spała w
łóżeczku razem z synkiem pani Małgosi.
"Okazało się, że po naszej ucieczce (przypis: Tej nocy uciekło oprócz
Pani Janiny Komendy jeszcze 8 więźniarek) konwojent transportu ze złości
chciał je zastrzelić w łóżkach. Dzięki perswazji pani Gładko i
obietnicy, że niezwłocznie ubiorą się i obydwie udadzą w dalszą drogę,
dał spokój i wyszedł. Ponieważ nie wrócił, obydwie zostały u pani
Gładko". To samo wydarzenie opisuję Leon Wolf, w swoim liście do ciotki
Hanusi – pani Aleksandry Wróblewskiej. Dowiadujemy się z niego, że gdy
esesowcy przyszli rano z kontrolą, pani Małgosia oświadczyła, że w łóżku
śpią jej dzieci. Pani Aleksandra Wróblewska w swojej relacji na temat
uratowania Hani pisze, że kiedy esesmani chcieli skontrolować, czy
Małgorzata Gładko nie ukrywa więźniarek, ta miała krzyknąć: -"Tylko mi
dzieci nie obudzić!"
Tak czy inaczej, Hania została uratowana.

Epilog.

Babka Hani, pani Wanda Szczawińska odnalazła ja dzięki pomocy księdza proboszcza z Wisły, który ogłosił z ambony, że poszukiwana jest dziewczynka – Hania
Wróblewska. Zgłosiła się kobieta, która wiedziała o takiej dziewczynce
we wsi Poręba koło Pszczyny.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tykocin - Łopuchowo - miejsce pamięci.

środa, 27 października 2010 15:29

Miejsce masowej egzekucji w Łopuchowie koło Tykocina
25 sierpnia 1941 roku polecono Żydom zebrać się na starym rynku w Tykocinie. Z mieszkających tam 2500 osób, przyszli prawie wszyscy. Zebranych na placu podzielono na zdolnych do marszu oraz tych, których miała wieźć ciężarówka. Poganianym ludziom rozkazano by śpiewali: "Kiedy płynie żydowska krew. Niemcy wygrywaja wojnę". Ludzi początkowo zgromadzono na placu w Zawadach, by stamtad sukcesywnie dowozić kolejne osoby do lasu w Łopuchowie, gdzie wykonywano egzekucję. Zawczasu przygotowano dwa doły, do których wpędzano ludzi by do nich strzelać. Sierpniową akcję przeżyło 100 Żydów. Wkrótce wykopano trzeci dól, w którym spoczywają wspólnie Żydzi oraz Polacy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Tykocin, miejsce pamięci w lesie łopuchowskim.

środa, 27 października 2010 14:28


Miejska tablica informacyjna w Tykocinie.




Drogowskaz na skraju szosy, wskazujacy miesce gdzie znajdują sie mogiły.

Leśna droga prowadzaca do miejsca pamięci.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ucieczka z Sobiboru, Sobibór obóz zagłady, Tomasz Toivi Blatt

wtorek, 27 lipca 2010 16:14



Tomasz Toivi Blatt, pracuje nad nowa książką dotyczącą jego losów, w szczególności opowiadajacą o pobycie w obozie zagłady w Sobiborze oraz powstaniu jakie tam wybuchło 14.10.1943 roku.
Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Świat Książki. Promocja rozpocznie się 16.09.2010roku. Do tego czasu autor przebywać będzie w Polsce. Osoby zainteresowane rozmową lub wywiadem proszone są o kontakt pod numerem telefonu: +48-697-166-580

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Berlin

niedziela, 25 lipca 2010 14:21

Pomnik Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wiera Gran

poniedziałek, 21 czerwca 2010 16:46

 
Wiera Gran
, właściwie Weronika Grynberg córka Luby i Eliasza Grynbergów. Urodzona 20 kwietnia 1916 r. w Rosji. W latach 1933 -1938 mieszkała w Wołominie przy ulicy Warszawskiej. Tuż przed wybuchem wojny przeprowadziła się do Warszawy na ulicę Elektoralną. W trakcie wojny mieszkała i śpiewała w gettcie, w Cafe Sztuka.
Używała również pseudonimów Sylvia Green, Wiera Green na płytach firmy Syrena oraz Mariol na płytach Melodja , po wyjeździe do Francji znana była jako Vera Gran.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wiera Gran

niedziela, 06 czerwca 2010 9:38
    

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ben Yehuda Street

niedziela, 24 stycznia 2010 19:50
 



Ben Yehuda Street -  Midrachov Ben Yehuda
מדרחוב בן יהודה

Popularny, zwłaszcza wśród młodzieży, deptak w centrum Jerozolimy, położony pomiędzy King George Street a Zion Square i Jaffa Road.

Nazwa ulicy upamiętnia Eliezera Ben Yehudę,

Ben Yehuda Street była miejscem wielu ataków terrorystycznych, pierwszy miał miejsce 22 lutego 1948 roku. W samochodzie - pułapce zginęli dwaj brytyjscy żołnierze (Eddie Brown i Peter Madison) oraz arabski kierowca. Arabowie przyznali się do zamachu. Miał być on odpowiedzią na ataki Irgunu w Ramla. Prawdopodobnie Brytyjczycy pracowali dla Abd al.-Kader al.-Husseiniego. Podobno Eddie Brown przystał na współpracę, ponieważ jego brat zginął z rąk Irgunu. W wyniku zamachu zginęło 58 osób, a 123 były ranne.




Kolejne ataki terrorystyczne:

08.09.1971 : Granat wrzucony do Café Alno przy Ben Yehuda Street szczęśliwie nie eksplodował.

12.12.1974 : Ładunek wybucha przy Ben Yehuda Street raniąc przechodniów w stopniu średni i lekkim.

  04.07.1975: pięciokilogramowa bomba zegarowa umieszczona w lodówce, zabiła 15 osób, raniła 77 osób przy Zion Square . Zamachowcem był Ahmad El-Sukar.

 13.11.1975 :bomba wybuchła koło Cafe Naveh przy Jaffa Road. Zginęło 7 osób, 45 zostało rannych.

09.04.1976 : rozbrojono samochód - pułapkę na krótko przed wybuchem.

03.05.1976 :bomba umieszczona w skuterze eksplodowała na rogu Ben Yehuda i Ben Hillel Street. Raniła 33 osoby, pomiędzy nimi był grecki konsul ze swoją żoną.

01.01.1979 : odnaleziono o rozbrojono ładunek wybuchowy (na pół godziny przed ustawionym czasem wybuchu), umieszczony w samochodzie vis a vis Café Atara.

24.03.1979 : bomba umieszczona w śmietniku zabiła 1 i raniła 13 osób przy Zion Square.

02.05.1981 zostaje ranny saper rozbrajający bombę umieszczoną w koszu na śmieci przy Ben Yehuda Street koło Cafe Alno.

15.08.1984 : Na Ben Yehuda Street odnaleziono i rozbrojono samochód - pułapkę z 12 kilogramami ładunków wybuchowych i 3 kilogramami gwoździ.

04.09.1997 : Trzech zamachowców-samobójców z Hamasu zdetonowało jednoczesnie ładunki wybuchowe zabijając siebie i pięciu przechodniów. Pośród zabitych były trzy nastolatki:  Sivann Zarka, Yael Botvin i Smadar Elhanan. O losach zmarłych i ich rodzin opowiada film „The Bombing" reż. Simone Bitton

01.12.2001 około 11:30 : Dwaj zamachowcy - samobójcy detonowali ładunki wybuchowe na Ben Yehuda Street. Kiedy 20 minut później nadjechali ratownicy, wybuchł samochód - pułapka. Zginęło 11 osób, 188 zostało rannych. Zamach był odwetem Hamasu za zabicie Mahmuda Abu Hanouda.

Zginęli:
-  Assaf Avitan, 15,  Jerusalem
-  Michael Moshe Dahan, 21, Jerusalem
-  Israel Ya'akov Danino, 17,  Jerusalem
-  Yosef El-Ezra, 18, Jerusalem
-  Sgt. Nir Haftzadi, 19, Jerusalem
-  Yuri (Yoni) Korganov, 20, Ma'alei Adumim
-  Golan Turgeman, 15,  Jerusalem
-  Guy Vaknin, 19,  Jerusalem
-  Adam Weinstein, 14, Givon Hahadasha
-  Moshe Yedid-Levy, 19,  Jerusalem
-  Ido Cohen, 17, Jerusalem, ranny w zamachu zmarł 08.12.2001

Ben Yehuda w maju 2009, szabatowe popołudnie. 















Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Odrodzenie narodowego socjalizmu w Austrii?

piątek, 01 stycznia 2010 19:38

Kto zniszczył mur byłego obozu w Mauthausen?

W lutym ubiegłego roku nieznani sprawcy zbezcześcili mur byłego obozu koncentracyjnego Mauthausen.
Na.zewnetrznej stronie muru wymalowano czerwoną farbą   napis "Żydzi stanowili dla naszej ojczyzny takie same zagrożenie jak dziś muzułmanie. Trzecia wojna światowa - ósmą wyprawą krzyżową". Napis miał 20 metrów długości a litery maja wysokość 80 centymetrów.
Willi Mernyi z Narodowego Komitetu Mauthausen powiedział mediom, że "zbezczeszczenie Mauthausen uważa za największą prowokację w powojennej historii obozu". Policja sugeruje, że , wandale mogli należeć do austriackiej organizacji ekstremistycznej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

KZ Mauthausen-Gusen, KZ-Gedenkstätte Mauthausen / Mauthausen Memorial

piątek, 01 stycznia 2010 19:12

MUZEUM, MIEJSCE PAMIĘCI OBOZU KONCENTRACYJNEGO  W MAUTHAUSEN-GUSEN
Adres: Austra, Erinnerungsstrasse 1, A-4310 Mauthausen

Godziny otwarcia/Opening hours
codziennie od 9.00 do 17.30 (wejście na teren do godziny 16.45) / Daily from 9 a.m. to 5.30 p.m. (admission until 4.45 p.m.);
zamknięte od 24-26 grudnia, 31 grudnia oraz 1 stycznia / Closed: 24 to 26 December, 31 December, 1 January

Opłata za wejście 2 Euro / Admission €2.00

Opłata ulgowa 1 Euro / Reduced admission €1.00
Dzieci, studenci poniżej 27 rż. oraz emeryci powyżej 65 rż. ? Children, students under 27, senior citizens from 65 years of age

Bilet rodzinny  4.80 Euro / Family ticket €4.80
Dwoje dorosłych z dzieckiem / 2 adults and children


Dojazd do Muzeum w Mauthausen komunikacją publiczną. / Arrival by public transport.

Autobusem z Dworca Głównego  Linzu do Mauthausen-Ufer,Hauptschule / Bus: From Linz (e.g. main railway station) to Mauthausen-Ufer, Hauptschule.

Pociagiem z Wiednia, Salzburga  lub Linzu do stacji St. Valentin, stamtąd lokalnym autobusem do Mauthausen / Rail: From Vienna, Salzburg or Linz to St. Valentin (station); from there by regional train to Mauthausen (station).

Do Muzeum w Mauthausen trzeba dojść pieszo ze stacji kolejowej lub autobusowej (5km) lub można dojechać taksówką (3km).
The Mauthausen Memorial can be reached from the railway station and bus stop on foot (5 km) or by taxi (3 km).

Administracja / Administration
DDr. Barbara Schätz
Federal Ministry of the Interior
Section IV/7
Minoritenplatz 9
1014 Vienna
Austria
Tel. +43 (0)1 531 263 801
Fax +43 (0)1 531 263 386
E-mail:
BMI-IV-7@bmi.gv.at


Centrum Obsługi dla Zwiedzajacych /  Visitor Centre
Erinnerungsstrasse 1
4310 Mauthausen
Austria
Tel. +43 (0)7238 226 90
Fax + 43 (0)7238 226 940
E-mail:
BMI-IV-7@bmi.gv.at

  Zdjęcie lotnicze obozu głównego wykonane przez aliantów pomiędzy 1943 a 1945 rokiem.



Wokół obozu znajdują się pomniki upamiętniające ludzi różnych narodowości, którzy cierpieli i zginęli w KZ Mauthausen-Gusen.
 


W hołdzie pomordowanym Polakom.



W hołdzie pomordowanym Żydom.



Kamieniołomy.





Komory gazowe.



Baraki.



Karcer.



  Tablica pamiątkowa w Kościele Wizytek w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu.
 

 

 

 

 

 


 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Muzeum - Obozu Zagłady w Sobiborze (SS-Sonderkommando Sobibór) - Kopiec z prochami.

środa, 09 grudnia 2009 8:50


Kopiec z prochami zgazowanych w Sobiborze. Ale w rzeczywistości to 250 tysięcy osób ma tu swój grób. Także Micha Spira.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Karl Frenzel

wtorek, 08 grudnia 2009 15:04
    Maria Ciesielska

Witryna internetowa holocaustdenialvideos.com zamieściła niedawno artykuł dotyczący wspomnień byłego więźnia obozu zagłady w Sobiborze - Thomasa Blatta. Artykuł oczywiście krytyczny, co nie dziwi zważywszy na charakter owej witryny. Martwi mnie jednak zupełny brak możliwości polemiki. Nie wiadomo też kto jest autorem tych pseudonaukowych wypocin. Dlatego pozwalam sobie na komentarz w tym miejscu (zamierzam się tez podpisać i oczekuję uwag).

W grudniu 1977 roku Thomas Blatt opublikował fragmenty wspomnień w czasopiśmie „Santa Barbara News&Review'. Blatt opisuje w nich swój pobyt w obozie w Sobiborze, ucieczkę oraz okres do wyzwolenia w 1944 roku.  Noszą one tytuł „No time for tears".

Nieznany autor artykułu umieścił ich pełną fotokopię na wyżej wspomnianej witrynie. Wspomnienia opatrzył dodatkowo swoimi niezbyt profesjonalnymi komentarzami. Łatwo jest się zorientować, że  szczerej chęci negacji towarzyszy niedouczenie i skąpa wiedza historyczna. Zwłaszcza ta, która dotyczy sytuacji na ziemiach okupowanych w 1944 roku. W każdym swoim wymiarze, także polsko-żydowskim.

Szczególnie żałosne wydało mi się jednak dedykowanie tegoż projektu  sobiborskiemu oprawcy Karlowi Frenzlowi. Autor wzdycha w dedykacji nad smutnym losem samego esesmana jak i jego pokrzywdzonych członków rodziny. Pisze: „Projekt ten jest dedykowany Karlowi Frenzlowi, jego piątce dzieci, którym zabrano ojca i jego żonie, która zmarła z powodu powikłań po napaści na nią sowieckiego żołnierza."

Cóż, widać nędzna kreatura zasługuje jedynie na nędzne dedykacje.

Karl Frenzel zastrzelił 42 więźniów i współpracował przy zagazowaniu 250 tysięcy. Wyrokiem niemieckiego sądu w Hadze został skazany 20 października 1965 roku na karę dożywocia. Po apelacji, wyrok utrzymano decyzją sądu z 4 października 1985 roku. Niemniej jednak Frenzel do więzienia nie wrócił. Został zwolniony z odbywania kary z uwagi na zły stan zdrowia. (Sad Okręgowy, Hagen, 10 Styczeń 1990 (45 Js-27/61-ll-S. 14 u 15)

Frenzel wrócił do domu w Gorben-auf-der-Horst.

Do domu nie wróciła nigdy Micha Spira. Wyszła do szkoły w swoim szkolnym mundurku z książkami po pachą. Ale kto by się przejmował jakąś tam szesnastoletnią Michą - Żydówką. Przecież w tych czasach zdarzało się tak niemal codziennie. A Micha nie miała po prostu szczęścia. Ktoś na nią doniósł i prosto ze szkoły trafiła do wagonów jadących do Sobiboru.

W Sobiborze pracowała jako szwaczka cerując odzież i robiąc na drutach wełniane skarpety.

W trakcie zbiorowej ucieczki z obozu została zastrzelona, jak twierdzą świadkowie, przez Frenzla. Do domu nie wróciła. Jej dedykuję moją pracę.

 

   Karl August Frenzel, z zawodu stolarz, urodził się 28 sierpnia 1911 roku w Zehdenick/Havel w Niemczech. Do NSDAP wstąpił w 1 sierpnia 1930 roku (nr. leg. 334948). Wybrany w 1939 roku do pracy w programie T4 (eutanazji chorych umysłowo). Szkolił się kolejno w ośrodkach w Grafeneck, Bernburgu i Hadamarze jako tzw. „spalacz" („Brenner"), czyli osoba odpowiedzialna za kremację zwłok.

Wiosną 1942 roku otrzymał w sztabie T4 w Berlinie, rozkaz przeniesienia do Sonderkommando-Sobibór we wschodniej Polsce. W Sobiborze zameldował się 28 kwietnia 1942 roku. W obozie był odpowiedzialny za tak zwany „Lager 1" czyli część gdzie znajdowały się baraki więźniów. Był także pomysłodawcą utworzenia „Drogi do nieba" osłoniętego gałęziami przejścia, prowadzącego z miejsca gdzie ofiary rozbierały się wprost do komór gazowych. zwykle otoczonego przez ukraińskich wachmanów, którzy pejczami poganiali nagie ofiary. Pomagało to utrzymać porządek i zapobiegało niepotrzebnym wybuchom niezadowolenia. Ot, taka niemiecka modernizacja.

Jest wiele świadectw, wspomnień i zeznań sądowych związanych z działalnością Frenzla w obozie. Można się z nich dowiedzieć, że często bywał także na rampie. Lubił wybierać sobie nowe osoby do pracy, na przykład putzerów do czyszczenia obuwia albo chłopców do podawania posiłków w kantynie.

14 października 1943, kiedy więźniowie wzniecili bunt i doszło do zbiorowej ucieczki,  spóźnił się na popołudniowy apel ponieważ brał kąpiel. Także na niego, gdzieś w ukryciu czekał z siekierą, przez całą godzinę, jeden z organizatorów powstania. Może gdyby udało sie zabić Frenzla, żyłaby Micha Spira i jej koleżanki.

Po likwidacji obozu w Sobiborze został odesłany razem z Wirthem do Fiume i Triestu gdzie mieli rozprawić się z tamtejsza partyzantką. Przebrany został w mundur policjanta ale nadal pozostawał pod rozkazami kierującego „akcją Reinhard" Globocnika. Pomimo usilnych starań aby posyłać byłych członków personelu obozów zagłady w najniebezpieczniejsze rejony, wielu z nich dożyło końca wojny.

SS-Obercharfuhrer Karl Frenzel zdążył nawet przyjąć odznaczenie - krzyż za zasługi II klasy. W 1945 roku trafił do amerykańskiej niewoli. Niestety na krótko.

Poszukiwany przez 13 lat, został ujęty 22 marca 1962 roku w czasie pracy. (Po wojnie pracował jako technik oświetlenia w teatrze.)

 

W 1983 roku, były więzień obozu w Sobiborze, Thomas Blatt otrzymał zgodę na trzygodzinny wywiad z byłym SS-Oberscharführerem Karlem Frenzlem, mężczyzną, który przed czterdziestu laty wybrał go do pracy w Sobiborze i który wysłał do komór gazowych całą jego rodzinę.

Poniżej znajdują się fragmenty tego wywiadu opublikowanego min. w miesięczniku Stern („Der Zeuge und Sein Murder", Stern, No. 13, 22 marca, 1984). Poniższe fragmenty pochodzą z witryny internetowej

http://www.muzeum.wlodawa.metronet.pl/index_sobibor.htm

 

 „Czy Pan mnie pamięta?"

„Niezbyt dokładnie" odpowiedział, „Był Pan wtedy małym chłopcem... "

Dość niewinna odpowiedź... Przez jeden szalony ułamek sekundy mogłem sobie prawie wyobrazić, że to nie było tym, czym naprawdę było. Mogliśmy być jak spotykający się po wielu latach wujek i siostrzeniec. Tak, były w nas nawet pewne podobieństwa. Poza jego głębokimi zakolami, podwójnym podbródkiem i pokaźnym brzuszkiem (on miał 73 lata a ja 56), obaj mieliśmy rumianą cerę, bardzo jasną skórę, niebieskie oczy i włosy, kiedyś rudawe, teraz siwiejące. Poza tym obaj mieliśmy wydatne nosy o bardzo zupełnie zbliżonych kształtach. Było zupełnie prawdopodobne, że może mnie nie pamiętać. Czym ja dla niego byłem?... Ale ja go pamiętam. I nigdy nie zapomnę. Nie mogę zapomnieć. Co noc pojawiają się koszmarne sny i przypominają.

„Siedzi Pan tutaj i pije piwo. Uśmiecha się Pan. Można Pana wziąć za zwyczajnego sąsiada z naprzeciwka. Ale Pan nie jest zwyczajny, Pan nie jest taki jak inni. Jest Pan Karlem Frenzlem, SS-Oberscharführerem. Był Pan trzecim z kolei dowódcą Sobiboru, obozu Zagłady. Był Pan komendantem Lagru I. Może Pan mnie nie pamięta, ale ja pamiętam Pana."

Drżałem patrząc na niego. „To był dylemat" powiedziałem, ale zdecydowałem się przyjść. To pierwszy przypadek, o ile mi wiadomo z literatury dotyczącej II wojny światowej, kiedy oskarżony rozmawia prywatnie poza sadem, twarzą w twarz z ofiarą. Czuję, że to jest ważne. Powiedziałem, że kwestie moralne i swoje uczucia odłożyłem na bok, a do niego podchodzę obiektywnie, po prostu jako historyk Sobiboru.

Wiedziałem, dlaczego chciałem z nim rozmawiać. Jako człowiek, który poświęcił się pamięci Sobiboru i jako konsekwentny badacz Sobiboru, czułem, że wiedza na temat obozu miała wiele luk i ciągle jeszcze wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi. Frenzel, jako były znaczący członek załogi obozu śmierci, (jeden z niewielu jeszcze żyjących) mógł przekazać mi wiele istotnych szczegółów dotyczących funkcjonowania obozu oraz samego powstania, szczegółów znanych tylko SS. Mógłbym poznać pogląd Niemca na te wydarzenia i rozstrzygać kilka zagadkowych kwestii dotyczących obozu. Ale dlaczego on chciał rozmawiać ze mną? Otwarcie zapytałem, dlaczego zgodził się na rozmowę ze mną. Odpowiedział, że chciał mnie osobiści przeprosić. Nie mógłby tego zrobić w sali sądowej. „Nie winię Pana ani innych świadków," powiedział. „I muszę szczerze powiedzieć, że żal mi było Pana i wszystkich tych świadków... Wracanie po tylu latach do tych wspomnień i te naciski w sądzie... w sądzie naciskali was i tłamsili."

Ujął to bardzo delikatnie. Strategia przyjęta przez obronę polegała głównie na dyskredytowaniu zeznań świadków poprzez zadawanie im idiotycznych pytań. W moim przypadku, na przykład, „Jak wysokie było drzewo koło baraku?" albo „Czy kij, którym Frenzel bił Pana ojca był okrągły? Ile miał centymetrów?" Obca osoba na sali sądowej mogłaby pomyśleć, że to ja byłem oskarżonym a nie ofiarą .

Teraz, rozmawiając z Frenzlem przy tym samym stole, prywatnie, w hotelowym lobby znowu przeżywałem konflikt moralny. Z jednej strony moje spotkanie z nim mogło być interpretowane jako profanowanie i obrażanie pamięci zmarłych - a nawet jako wybaczenie. Wiedziałem, że wielu z moich ocalałych towarzyszy wytknie mnie oskarżycielskim palcem. Mimo to chciałem z nim porozmawiać. Wiedziałem, że będę żałował, jeżeli to zrobię. Wiedziałem też, że jeżeli tego nie zrobię, będę żałował jeszcze bardziej. Mija czas. Ja odejdę, odejdą moi towarzysze, odejdzie Frenzel. A to, co jest zapisane, będzie stanowiło historyczny zapis dla przyszłych pokoleń. Tłumaczyłem targające mną sprzeczne emocje.

„Miałem wtedy 15 lat. Przeżyłem, ponieważ wybrał mnie Pan na chłopca do czyszczenia butów. Ale mój ojciec, moja matka i mój brat, oraz 200 innych Żydów z Izbicy, których poprowadził Pan do komór gazowych, nie przeżyło."

,,To było straszne, bardzo straszne. Tylko to mogę Panu powiedzieć - ze łzami w oczach," kontynuował spokojnym, równym głosem, „że sprawia mi to straszną przykrość nie tylko teraz. Sprawiało mi to przykrość również wtedy... Nie wie Pan, co się działo się w nas i nie rozumie Pan okoliczności, w jakich się wtedy znajdowaliśmy."

Słyszałem go, ale emocjonalnie nic do mnie nie dochodziło. Mój umysł funkcjonował tylko na poziomie intelektu, koncentrując się na danych i porównując to, co powiedział, z faktami. A fakty były następujące: SS-Oberscharführer Frenzel spełniał swoje „obowiązki". Sumienny, skrupulatny i sprawny urzędnik, prowadzący napływające transporty Żydów do komór gazowych. Niewolniczych pracowników obdzielał wściekłym biciem za powolność czy inne jego zdaniem naruszenie przepisów. Osobiście prowadził na miejsce egzekucji tych, którzy zachorowali, albo zostali złapani na „przestępstwach ", jak na przykład wzięcie żywności z bagażu przyjeżdżających na śmierć Żydów. Czy teraz prosił mnie o zrozumienie i współczucie dla swoich cierpień? Aby móc przeprowadzić z nim wywiad wyłączyłem wszystkie swoje uczucia, tak samo jak ponad 40 lat temu w Sobiborze, gdy nie czułem nic, gdy mordowano rodziców i brata. Gdybym wtedy pozwolił sobie na uczucia, to załamałbym się. I zginąłbym.

Teraz byłem obiektywnym historykiem i chciałem wiedzieć, co on czuł w tych latach. Powiedziałem, „Frenzel, chciałbym wiedzieć, co Pan wtedy czuł... Był Pan antysemitą z przekonania czy robił to, ponieważ taki otrzymał Pan rozkaz? Chciałbym wiedzieć, czy będąc tam, wierzył Pan, że to, co Pan robił było dobre?"

Nastąpiła chwila ciszy. Nie zdawałem sobie sprawy, w jak kłopotliwej sytuacji go postawiłem. Gdyby odpowiedział na to pytanie przecząco, przedstawiłby siebie jako moralnie niedorozwiniętego hitlerowca. Gdyby odpowiedział twierdząco, przedstawiłby siebie się jako moralnie niedorozwiniętą istotę ludzką.

„Nie", powiedział cicho i jednostajnie, „ale byliśmy na służbie musieliśmy wypełnić swoje obowiązki. Dla nas było to tez bardzo trudne." Nie skomentowałem tego porównania tylko zapytałem, dlaczego wstąpił do Partii Nazistowskiej. Spojrzał na mnie w osłupieniu, jakbym zadał mu jakieś głupie pytanie, i odpowiedział. „Ponieważ było bezrobocie!" Tak jakby było to zrozumiałe samo przez się. Powiedział, że jego pierwsza dziewczyna była Żydówką Byli razem przez dwa lata, ale rozstali się, kiedy jej ojciec, będący wydawcą Vorwärts gazety socjaldemokratów, odkrył, że Frenzel był członkiem partii nazistowskiej. W 1934 roku wyemigrowała z rodziną do Ameryki.

„Był Pan członkiem Partii Nazistowskiej od 1930 roku," powiedziałem. „Dlaczego teraz zmienił Pan swoje przekonania?" „Nie, nie zmieniłem ich dopiero teraz," odpowiedział. „Za to, co zrobili w czasie wojny przekląłem hitlerowców i wszystkich ich przywódców już w 1945 roku. Od 1945 roku nie interesuję się już polityką." Pomyślałem, że zmiana ta nastąpiła, kiedy Niemcy przegrali wojnę, ale nic nie powiedziałem. Po wojnie Frenzel żył sobie spokojnie jak każdy inny, szanowany obywatel. Po śmierci żony sam zajmował się pięciorgiem dzieci. W 1962 roku został aresztowany  we Frankfurcie, gdzie pracował jako oświetleniowiec sceny. W pracy, podczas przerwy, gdy Frenzel spokojnie pił sobie piwo, podeszli do niego oficerowie policji i zapytali czy nazywa się Frenzel i czy kiedykolwiek był w Sobiborze. Frenzel przyznał się, że był w Sobiborze.

„Frenzel, ilu Żydów zostało zagazowanych w Sobiborze? Mówi się, że ponad pół miliona. Czy to poprawna liczba? „Odpowiedział: „Nie. Uważam, że nie więcej niż 160.000." „Ale dokumenty kolejowe pokazują 250,000. Dodatkowo wielu Żydów przybyło do Sobiboru ciężarówkami, furmankami oraz pieszo," powiedziałem. „Czy jest Pan wierzący?", zapytałem. „Czy chodzi Pan do kościoła?" Odpowiedział: „Tak, bardzo często." Potem zapytałem: „Czy Pana przekonania religijne i aktywność polityczna nie stały nigdy w konflikcie?"

„Nie. Byliśmy Niemieckimi Chrześcijanami (wspierany przez hitlerowców odłam Kościoła Ewangelickiego). Wszystkie moje dzieci są ochrzczone, tak jak ja. Mój brat studiował teologię. Moja żona i ja, nie w każdą niedzielę, z powodu dzieci, ale, w co drugą albo, co trzecią, zawsze chodziliśmy do kościoła. "

„I jako Chrześcijanin nie ma Pan żadnych problemów ze swoją przeszłością?" Odpowiedział natychmiast, „Nie mam nic do ukrycia Żałuję, że byłem wmieszany w ten bałagan." „Ale w Sobiborze nie myślał Pan o tym, że Pan zabije, dociskałem. Odpowiedział, „Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy dopóki nie przybyliśmy na miejsce. Powiedziano nam, że mamy być strażnikami w obozie koncentracyjnym. Musiałem wypełnić swój obowiązek".

„Czy Pana zadaniem była eksterminacja Żydów?" Spojrzał mi prosto w oczy. „Przez 16 lat byłem w więzieniu i miałem aż za dużo czasu, aby przemyśleć, co było złe, a co było dobre i doszedłem do wniosku, że to, co przytrafiło się Żydom w tych czasach było złe. Przez wszystkie te lata śniło mi się to po nocach."

Słuchałem tego jakby z jakiegoś oddalenia. Zapytałem o jego rodzinę, wiedziałem, że miał dwóch braci. Jeden z nich studiował teologie i miał być pastorem. Co oni wiedzieli? „Obaj zostali zabici w czasie wojny, ale moja siostra przeżyła," odpowiedział. Zapytałem: „A co teraz z Pana dziećmi. Czy one wiedzą? I co o tym myślą?" Odpowiedział: „Naturalnie myślały o Sobiborze. Wiedzą, że to było zbrodnia. Mówią, „Ojcze, ty też byłeś częścią tej zbrodni" - i ja im to wyjaśniam. Ale są ze mną i nie odrzucają mnie. Chciały wiedzieć wszystko o Sobiborze. Zostałem tam wysłany rozkazem. Nie należałem do SS. W Sobiborze było tylko siedmiu członków SS. Reszta to byli cywile w mundurach SS."

Zapytałem, dlaczego nie poprosił o przeniesienie, skoro nie był gorliwym hitlerowcem. Powiedział, że chciał. Błagał swojego brata o wyciągnięcie go z Sobiboru.

„Faktem jest," powiedziałem, „że był przypadek, kiedy SS-man po prostu poprosił o przeniesienie i otrzymał je. Nie zabito go." Frenzel nie odpowiedział.

Do pokoju wszedł pracownik hotelu. Napełnił pustą szklankę Frenzla piwem i wyszedł. Znowu zostaliśmy sami. Miałem tyle pytań do Frenzla. Jako ten, który ocalał, często zastanawiałem się, co hitlerowcy myśleli o filmie Holocaust. Czy on oglądał ten film? Zaprzeczył głową. Czy uważa, ze film albo dokument jest wstanie pokazać jak to było? „Nie", powiedział, „rzeczywistość była o wiele gorsza", to było tak straszne, ze nie da się tego opisać."

Przed oczami, chociaż wcale tego nie chciałem, pojawiły mi się sceny z obozu: mój przyjaciel Leon, na rozkaz Frenzla systematycznie i powoli bity aż do ostatniego, śmiertelnego uderzenia - koszmar przymusowego oglądania jego agonii. Jeszcze jedna scena przemknęła przez mój umysł. Stałem słysząc stłumione krzyki dochodzące z komór gazowych.... i wiedziałem, że w straszliwych męczarniach umierają mężczyźni, kobiety i dzieci. Nadzy. A ja pracowałem sortując ich ubrania. Usiłowałem zachować obojętny ton osoby przeprowadzającej wywiad, ale mój głos drżał.

„Frenzel," powiedziałem, „w Sobiborze zabito dziesiątki tysięcy dzieci, a Pan miał dzieci w tym czasie. Widziałem ich zdjęcia. Czy kiedy widział Pan małe dzieci - pięcioletnie, roczne, czy niemowlęta posyłane na śmierć, czy miało to dla Pana jakieś znaczenie, czy zastanawiał się Pan nad tym, czy robiło to na Panu jakieś wrażenie? Pan też miał dzieci?" Zrozumiał to inaczej niż miałem na myśli. Powiedział urażony, z cieniem złości w głosie, że nigdy nie zabił dzieci, chociaż jeden ze świadków oskarżał go o to. W głosie Frenzla, do tej pory spokojnym, pełnym cierpliwości i samokontroli, pojawiły się nagle emocje. „Chcę, aby Pan wiedział," powiedział, a w jego głosie dało się słyszeć oburzenie, „że w obozie była 10-letnia dziewczynka z matką i Wagner chciał je posłać do komory gazowej, a ja postarałem się by zostały". Na chwile się zatrzymał, „Dlatego sprawia mi ogromną przykrość, że jestem oskarżony o zabijanie dzieci". Najwyraźniej dla Frenzla wysyłanie dzieci do komór gazowych to nie jest „zabijanie". Strzelał i gazował ktoś inny.

Frenzel kontynuował, jakby wyczuwając moje uczucia. „Potępiam to, co zdarzyło się Żydom... Rozumiem, że nigdy Pan tego nie zapomni. Ja również. Śniło mi się to przez 16 lat, które spędziłem w więzieniu. Śni mi się to tak samo jak Panu." Chyba nie porównywał swoich koszmarów z moimi? Może mówił o dręczącym go sumieniu?

Frenzel trafił do Sobiboru z Hadamaru, szpitala psychiatrycznego w Niemczech, gdzie w ramach programu eutanazji gazowano chorych psychicznie Niemców. Wspomniałem o Hadamarze i zapytałem jak się czuł zabijając Niemców. W jego głosie zabrzmiała złość. Skończyła się taśma. Nie chcąc narazić wywiadu na niebezpieczeństwo zrezygnowałem z domagania się odpowiedzi od Frenzla.

Postanowiłem wycofać się z pytań osobistych. Zapytałem czy pamiętał Berlinera (Berliner był Oberkapo, zabitym przez Żydów za okrucieństwo wobec współwięźniów). Chciałem wiedzieć, czy prawdą jest, że wyraził zgodę na to, aby Żydzi zabili Berlinera. Pochylił się na krześle. „Tak," odpowiedział tonem głosu mającym oznaczać, że powierza mi sekret obdarza mnie pełnym zaufaniem, „kiedy dobrze się nad tym zastanowię, to tak było. Mój Kapo, Benio z Bahnhofskommando opowiedział mi o Berlinerze i po zastanowieniu się, powiedziałem „Stłuczcie go na śmierć", albo coś w tym stylu. Powiedział to głosem przerażająco niedbałym, jakby mówił o pozbyciu się zgniłych ziemniaków. Tak naprawdę nie zrobił tego, dlatego, że był po stronie więźniów, zrobił to, bo wściekł się na Berlinera, który ominął go jako komendanta tego sektoru, zdradzając próbę ucieczki więźniów i zameldował o tym bezpośrednio SS-Oberscharführerowi Wagnerowi.

Zapytałem go o Cukermana którego skatował pejczem, jego ciało leżało potem w kałuży krwi. Tak, Frenzel pamiętał. To był kucharz. Rzekomo zaginęło kilka kilo końskiego mięsa i Frenzel go za to pobił. „Później mięso się znalazło i syn Cukremana powiedział „Mój ojciec nic nie zrobił, to ja wziąłem mięso." Więc ukarałem go również karą chłosty i dostał 25 batów. Chcę żeby Pan wiedział, że zawsze byłem sprawiedliwy i uczciwy. Nigdy nie karałem o ile nie zrobili czegoś złego." Nie skomentowałem tego, ale pomyślałem, te nie zawsze był taki łagodny. Jeden z ocalałych zeznał w sądzie, że Frenzel złapał jego 15-letniego przyjaciela na kradzieży puszki sardynek i z miejsca zaprowadził go do krematorium, gdzie chłopca zastrzelono.

Miałem jeszcze jedno ważne pytanie. Co przytrafiło się Żydom holenderskim? Natychmiast wiedział, o co mi chodzi. Odpowiedział szybko i konkretnie, jak znawca rzeczy: „Kapo Porzycki powiedział mi, że holenderscy Żydzi organizują ucieczkę. Informację tę przekazałem zastępcy komendanta, SS-Hauptscharführerowi Niemannowi, a ten rozkazał egzekucję 72 Żydów." Frenzel zapomniał dodać, że to on sam prowadził ich na śmierć. Jego zachowanie wskazywało teraz na większą siłę, a w głosie można było wyczuć zadowolenie z siebie i dumę z dobrze wykonanej pracy.

„Co sądzi Pan, o egzekucji powstania?", zapytałem z ciekawości. Nie doczekałem się potwierdzenia ani pochwały. Zamiast tego Frenzel zadał mi pytanie: Czy wiem jak długo trwało powstanie? „Piętnaście minut," odpowiedziałem. Zgodził się. Pokiwał twierdząco głową. „Ale nasze działania trwały cale popołudnie" kontynuowałem, „w tym czasie unicestwiliśmy Pana towarzyszy. Taki złożył Pan meldunek, a później kapitan Wullbrandt przyjechał do Sobiboru i wydał rozkaz egzekucji wszystkich Żydów w obozie. Czy zostawiliście kogoś przy życiu?" Szybko i bardzo obronnie ripostował, że to nie on, tylko SS-Gntppenführer Sporrenberg wydał rozkaz o egzekucji.

Miałem więcej pytań technicznych. Wielu uciekinierów nie zdając sobie z tego sprawy, błądząc w lesie, znalazło się w pobliżu obozu. Chciałem wiedzieć ilu z nich złapano. Twarz Frenzla ożywiła się. Zyskał kolejną sposobność wykazania się wiedzą. „Tak, około 45, co razem ze 150 Żydami, którzy pozostali w obozie dawało 195 osób. Potem musiałem zatrzymać operację przeszukiwania obozu. Około 70 zostało zabitych w czasie powstania i na polach minowych otaczających obóz. Potem, po namyśle, odwracając wzrok dodał rzeczowym tonem: „Cieszę się z każdego Żyda, który przeżył." Nie skomentowałem tej ironii. Zmieniłem temat.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Iwan (John) Demianiuk (Demjaniuk)

poniedziałek, 30 listopada 2009 22:49
 

 Iwan Demianiuk (Demjaniuk) - oprawca z Trawnik.

 fot. NATI HARNIK AP

W dniu 29 lipca 1993 roku  Sąd Najwyższy Izraela uwolnił Iwana Demianiuka z celi śmierci, ale nie uniewinnił go. Podczas prowadzonego śledztwa wykazano iż, przebywał w obozie szkoleniowym w Trawnikach. Ekstradycja z USA nastąpiła wyłącznie na podstawie zarzutów odnoszących się do czynów popełnionych w Treblince. Ponieważ nie udało się jednak udowodnić jego służby w obozie zagłady w Treblince, Sąd Najwyższy odrzucił możliwość postawienia Demianiuka ponownie przed sądem.

 Nie było też możliwe bezsprzeczne powiązanie jego osoby z „legendą Iwana Groźnego".

Prokurator Yona Blatman twierdził, ze Demianiuk „kłamał przez cały czas". Obalenie wszystkich oświadczeń Demianiuka dotyczących jego alibi, złożonych w momencie rozpoczęcia śledztwa w 1976 roku, nie stanowiło problemu dla Blatmana. Podczas przesłuchania Demianiuk wielokrotnie korygował przebieg wydarzeń i wypierał się swoich wcześniejszych zeznań ,tak aby wydłużyć okres pomiędzy dostaniem się do niewoli a przybyciem do Stalagu 319 w Chełmie. Miało to stanowić swoiste alibi dla oskarżonego. Skoro był w tym czasie w niewoli, nie mógł być w Trawnikach ani w Treblince.

 

Iwan Demianiuk urodził się 3 kwietnia 1920 roku na Ukrainie. Do niewoli niemieckiej dostał się w bitwie o Kercz, w maju 1942 roku. Jak zeznawał podczas procesu w Jerozolimie, po krótkim pobycie w obozie jenieckim w Równem, przeniesiony został do obozu w Chełmie (sierpień 1942 ), gdzie przebywał do wiosny 1944 roku. Obóz ten był obozem przejściowym, jeńcy przebywali tam zwykle nie dłużej niż kilka tygodni.

 Demianiuk twierdził, że opuścił Chełm na wiosnę 1944 roku, by znaleźć się w Heuburgu gdzie stacjonowała Armia Własowa, do której wstąpił i gdzie wykonano mu tatuaż z grupą krwi. Gdy wykazano mu, że Armia Własowa zaczęła się formować dopiero pod koniec roku 1944, zmienił po raz kolejny zeznania. Twierdził, że przebywał w Grazu skąd dołączył do dywizji SS-Galizien. Problem tkwił w tym, że SS-Galizien szkoliła ochotników na terenie Polski a nie Austrii i nie obowiązywało tam tatuowanie pod lewą pachą grupy krwi.

Jak ustalił prokurator Blatman, droga Demianiuka z Kerczu do Trawnik, nie była dłuższa niż miesiąc. Akt oskarżenia sformułowany w 1986 roku stwierdzał, że „Demianiuk przybył do Trawnik przed 19 lipca 1942 roku jako zwerbowany do SS celem szkolenia w Obozie Szkoleniowym w Trawnikach." Po przybyciu do Trawnik Demianiuk otrzymał kartę identyfikacyjna, której autentyczność została potwierdzona w trakcie procesu. Sam oskarżony przyznał się ostatecznie do pobytu w tym ośrodku szkoleniowym.

Obóz Szkoleniowy  w Trawnikach został utworzony przez Odilo Globocnika - szefa policji Dystryktu Lubelskiego - jesienią 1941 roku. Początkowo tzw. „ludzie z Trawnik" (Trawnikis, Trawniki-Manner) mieli pełnić funkcje załóg ochronnych baz policyjnych. Zgodnie z instrukcjami Himmlera należało wybrać osoby „szczególnie lojalne" i w dobrej kondycji fizycznej. Byli nimi głównie „chętni do współpracy" jeńcy sowieccy (Hilfswillige- stąd nazwa Hiwisi) z obozów w Lublinie, Chełmie, Równem, Białej Podlaskiej, Białymstoku, Żytomierzu i Grodnie. W marcu 1942 roku w Trawnikach znajdowało się 1250 przyszłych wachmanów. Drugi duży nabór, obejmujący 1250 osób, miał miejsce po zakończeniu kampanii krymskiej (maj-czerwiec 1942 r.) Prawdopodobnie pośród nich znajdował się Iwan Demianiuk. Każdy z przybyłych do obozu ochotników podawał swoje dane osobowe wraz z odciskiem kciuka. Po wykonaniu zdjęcia w mundurze - początkowo były to farbowane na czarno mundury wojska polskiego, potem brązowe mundury armii belgijskiej - wydawano każdemu kartę identyfikacyjną. Zawierała ona oświadczenie rekruta, iż nie ma żydowskich przodków ani tez nie był członkiem organizacji komunistycznej. Iwan Demianiuk otrzymał kartę numerem 1393. Po podpisaniu zobowiązania do służby przez cały okres wojny każdy rekrut otrzymywał żołd w wysokości 0,50 marki dziennie i przystępował do szkolenia. Składało się ono z „unitarki, nauki komend, ćwiczeń z bronią, szkolenia w służbie wartowniczej oraz szkoleń specjalnych z zakresu prowadzenia obław i eskortowania dużych grup więźniów."

Oficjalna nazwa tej formacji brzmiała: Oddziały Wartownicze Pełnomocnika Reichsfuhrera SS i Szefa Policji Niemieckiej ds. Utworzenia Baz SS i Policji na Nowych Terenach Wschodnich, a od marca 1942 roku - Oddziały Wartownicze SSPF na Dystrykt Lubelski. Komendantem Obozu Szkoleniowego Trawniki został Karl Streibel.

 Pod koniec 1941 roku pierwsza część wartowników została przewieziona na tereny przyszłych obozów zagłady. W okresie nasilonych działań eksterminacyjnych ludności żydowskiej pełnili służbę w obozach w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Byli tam nie tylko strażnikami. Zajmowali się poganianiem ofiar do komór gazowych oraz obsługą i konserwacja silników spalinowych produkujących dwutlenek węgla używany do uśmiercania w tych komorach. Nadzorowali pracujących w obozie Żydów.

Oddziały wyszkolone w Trawnikach były także używane do likwidacji gett i deportacji ludności żydowskiej a także masowych egzekucji. Po zakończeniu akcji „Reinhard" w listopadzie 1943 roku, część z oddziałów pozostawiono na straży zrabowanego mienia żydowskiego oraz majątków ziemskich. Dawni wartownicy wykorzystywani byli także do udziału w obławach na partyzantów.

Sąd w Izraelu ustalił, że Demianiuk służył w oddziałach posiłkowych SS przez około 11 miesięcy tj. co najmniej do września 1943r. W tym okresie, około  27 marca 1943 roku, służył przez krótki czas w obozie  zagłady w Sobiborze. Był to czas, w którym do obozu przybywały liczne transporty Żydów z Holandii ale także z Niemiec, Francji i min. likwidowanego getta w Izbicy. Z tego getta trafili do obozu Thomas (Toivi )Blatt i Philip (Fiszel) Białowicz). Obydwaj stracili tam rodziny i obydwojgu udało się zbiec w trakcie zbiorowej ucieczki w październiku 1943 roku. W trakcie aktualnie trwającego procesu Thomas Blatt pełni role oskarżyciela posiłkowego.

Poniżej fragment wywiadu pt „Uciekłem, ale nie do końca"  jakiego udzielił Krzysztofowi Burnetko, z tygodnika „Polityka"  nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 70-72

 

„Czy przy osądzie Demianiuka nie ma znaczenia fakt, że prawdopodobnie początkowo on także był więźniem Niemców: został wzięty do niewoli na Krymie i trafił do obozu jenieckiego. Wiadomo, że Niemcy traktowali jeńców sowieckich straszliwie. Może Demianiuk chciał się po prostu ratować od śmierci. Kiedy Niemcy zaproponowali mu służbę w zamian za możliwość przeżycia, zgodził się wstąpić do ukraińskiego SS: jechać na szkolenie do Trawnik, a potem do Treblinki, Sobiboru, Majdanka?

Ale nie musiał brać udziału w mordach. Wielu jeńców sowieckich godziło się na współpracę z Niemcami pozornie, aby przy pierwszej okazji próbować ucieczki. Uciekali także ci, którzy w Trawnikach przekonywali się, że Niemcy chcą ich użyć jako narzędzia masowych mordów. Znam też przypadki ucieczek ukraińskich strażników z Sobiboru. Nawet zbiorowych - kiedyś grupa strażników jechała pociągiem w inne miejsce. Koło Rawy Ruskiej zastrzelili esesmana, który miał nimi dowodzić i kilku uciekło. Była i inna historia: dwóch strażników uciekło z dwójką żydowskich więźniów. Ale ktoś ze wsi, w której się ukrywali, ich wydał. Niemcy zabili całą czwórkę. Już po wojnie spotkałem w Chełmie dwóch strażników, którzy uciekli z Sobiboru. Nic do nich nie mieliśmy. Mimo to zostali chyba rozstrzelani w ZSRR, bo tam nikt się nie przejmował dowodami niewinności.

Owszem, trudno mieć pretensje do kogoś, kto chcąc ratować życie, poszedł na współpracę z Niemcami. Nawet jako wartownik. Tyle że w Sobiborze wartownicy mordowali ludzi. Demianiuk też nie był zwykłym strażnikiem: nie pilnował więźniów w obozie koncentracyjnym, lecz służył w obozie zagłady. On pchał ludzi bagnetem do komory gazowej. Zabijał.

Z poprzedniego procesu, w Izraelu, Demianiuk wyszedł jednak obronną ręką. Może po tylu latach zwyczajnie nie da się nikomu udowodnić winy?

Ta historia dowodzi, z jaką powagą traktuje się prawo w Izraelu. W połowie lat 80. Izrael doprowadził do ekstradycji Demianiuka ze Stanów Zjednoczonych, zarzucając mu, że jako strażnik obozu w Treblince, zwany z racji okrucieństwa Iwanem Groźnym, brał udział w mordowaniu więźniów. Najpierw sąd orzekł dla Demianiuka karę śmierci. Ale potem Sąd Najwyższy uznał, że nie ma wystarczających dowodów, by uznać, że skazany to Iwan Groźny. Nakazał zwolnić Demianiuka i mógł on wrócić do USA. Nawet więc w tak drastycznym przypadku Sąd Najwyższy Izraela nie sięgnął po prawnicze sztuczki, lecz uszanował zasadę, że wątpliwości tłumaczy się na korzyść oskarżonego. Ale jeżeli niemiecki aparat ścigania zdecydował się sięgnąć po procedurę ekstradycyjną, musi mieć mocne podstawy do zarzutów.

Poniżej: Thomas Blatt w Muzeum w Sobiborze.
 „


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Marsze śmierci - upamiętnienie.

sobota, 28 listopada 2009 21:54

W kwietniu 2001 roku odsłonięto w Pasing pomnik upamietniajacy marsz śmierci z obozu w Dachau. Obecny był Zwi Katz. który przeżył ten marsz.




Marsz rozpoczął się 26 kwietnia o godzinie 21.00, po dziesięciogodzinnym apelu. Prowadził z Dachau przez Allach,Obermenzing,Pasing,Wurmtal,w kierunku Bad Tolz i Tegernsee.W trakcie marszu zginęło ponad 3 tysiace osób.





Powyżej pomnik w Pasing (Kaflerstrasse).
 (Zdjęcia powyżej pochodza ze strony www.blutenburg.de)
Ten sam pomnik znajduje sie na terenie Yad Vashem.







Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Muzeum Bojowników Getta w Izraelu.

niedziela, 18 października 2009 18:14
 

Beit Lohamei Haghetaot - Ghetto Fighters' House Museum  (GFH) - Muzeum Bojowników Getta

W Kibucu Bojowników Getta Warszawskiego, położonym w zachodnie Galilei, pomiędzy Nahariją a Akką, powstało w 1949 roku pierwsze muzeum holokaustu. Twórcami tego miejsca byli ocaleni z warszawskiego getta min. Cywia Lubetkin i Antek Cukierman.

Dziś muzeum jest drugim po Yad Vashem , ośrodkiem muzealno- badawczym okresu Zagłady w Izraelu.

Na parterze znajduje się wystawa upamiętniająca losy Żydów Holenderskich i Greckich oraz  sklep.

Poziom -1 : Sala Pamięci „Yizkor" przedstawiająca zbiory muzeum w formach multimedialnych.

Poziom -2 : „Obozy koncentracyjne i obozy zagłady" wystawa  przedmiotów oraz makiet obozowych.

Poziom 1  : Wystawy:

  • „Ichak Kacenelson ".
  • „Home of Tesitmony" - dział archiwalny, zawiera świadectwa ocalałych.
  • "Nazi Germany Oppresses Countries and Nations ".
  • "Ghettos and Deportations"
  • "The Righteous Among the Nations".
  • "Jewish Resistance in the Holocaust."
  • "The Warsaw Ghetto Fights Back".

Poziom 2 : Wystawy:

  • "Miriam Novitch."
  • "Auschwitz 5170" I "Butterflies in Auchwitz".
  • "Warsaw Ghetto Model" makieta getta warszawskiego.
  • „Facing the Galss Booth". Wystawa upamiętniająca proces Eichmanna, prezentuje min. autentyczną „szklana klatkę", w której przesłuchiwany był Eichmann w Jerozolimie.



Panoramę okolicy można oglądać na specjalnie do tego przygotowanym dachu muzeum. Widać stąd piękny rzymski akwedukt ciągnący się nieopodal  oraz położone na terenie kibucu Muzeum Yad La Yeled, (Childrens Holokaust Museum, poświęcone cierpieniom dzieci w okresie Zagłady ).



Adres muzeum: D.N. Western Galilee 25220 (najlepiej dojechać drogą #4)

Tel: 04-9958080

www.gfh.org.il

Czynne od niedzieli do czwartku 9-16, w piątek i sobotę nieczynne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Jankiel Wiernik makieta w GFH

niedziela, 18 października 2009 17:19

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jankiel Wiernik

poniedziałek, 12 października 2009 22:51

Jankiel Wiernik, przeżył rok w obozie zagłady w Treblince. Uciekł w trakcie buntu więźniów. Ponieważ był obozowym cieślą, miał dostęp do wielu miejsc w obozie. Wiele z nich budował sam lub budowane były pod jego nadzorem.
Zaraz po ucieczce napisał raport (dwie kopie) dotyczacy obozu w Treblince, który stał się podstawą oskarżenia F. Fischera.
Emigrował do Izraela. Mieszkał poczatkowo w Riszon Le Zijon, potem w Kibucu Bojowników Getta.
Wykonał makietę obozu, która była prezentowana podczas procesu Eichmanna, i którą można dziś zobaczyć w Muzeum Bojowników Getta w Izraelu.







Latem 1961 roku Jankiel Wiernik, stanął przed Sądem Okręgowym w Jerozolimie, jako jeden ze świadków oskarżenia w procesie Eichmanna.

- Mieszka pan w Riszon Le Zijon? - zapytał świadka prokurator generalny Gideon Hausner.

 - Tak!

 - Jest pan stolarzem?

 - Tak, cieślą - odpowiedział Wiemik.

 - Ile pan ma lat?

 - 72 lata.

 - Po wojnie zrobił pan makietę Treblinki, prawda?

 - Tak, oto ona.

 - Składam sądowi w charakterze dowodu fotografię tej makiety - oświadczył prokurator generalny."


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Sprostowanie.

sobota, 19 września 2009 20:01
Dziś otrzymałam wiadomość od syna pana Mojżesza Szklarka, którego wiersz "Biesiada" cytuję w swoim artykule "Ocaleni z Sobiboru".
Dowiedziałam się, że autor nie był więźniem obozu w Sobiborze. Pomyłka wynikła prawdopodobnie ze zbieżności nazwisk. Wiersz przypisałam  Mosze Szklarkowi, który później używał nazwiska Bahir (już w Izraelu). Za pomyłkę przepraszam.
Autorka

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Seegrote. Podziemna fabryka myśliwca He 162

sobota, 12 września 2009 18:58


Nieopodal Wiednia, w miejscowości Hinterbruhl, znajduje się najwieksze podziemne jezioro w Europie, ukryte w starej kopalni gipsu. Historia kopalni siega 1848 roku, kiedy to rozpoczęto eksploatację gipsu dla potrzeb rolnictwa. W 1912 roku kopalnia została zalana na skutek prac odstrzałowych na jej najgłębszym poziomie. Od tego czasu pełniła jedynie rolę atrakcji turystycznej.
W 1944 roku kopalnia "Seegrote" została skonfiskowana i zamieniona przez firmę Heinkel AG w fabrykę samolotów wojskowych. Woda z jeziora została wypompowana, zainstalowano urzadzenia odwadniające.
Do pracy przy konstrukcji odrzutowca HE 162 skierowano robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych.
Kiedy w 1945 Armia Czerwona docierała do granic Wiednia, część groty wysadzono w powietrze a pięćdziesięciu więźniów zabito na miejscu. Resztę pognano w tzw. "marszu śmierci" do KZ Mauthausen. Przeżyli nieliczni.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  157 774  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Maria Ciesielska, z zawodu lekarz, z zamiłowania badacz, poszukiwacz i szperacz. Czasami tłumacz. Kontakt: maryludek@wp.pl

O moim bloogu

Bloog o zacięciu poznawczym.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 157774

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl